Święta niezależnie od indywidualnego podejścia do nich, są jednym z najbardziej wyczekiwanych dni w roku. Kolorowe lub jednobarwne, zależne od panujących trendów choinki, migoczące lampki, ciepły zapach palonego wosku, świeży aromat cytrusów, duszących korzeni, pierniki, serniki i tysiące, ba miliony kalorii do spalenia tuż po. Rodzinna atmosfera, oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę i tona prezentów pod przystrojonym drzewkiem.

Wizja rodem z filmu o bożonarodzeniowej tematyce lub kalka z myśli uczestniczącego w tym wszystkim dziecka, które z racji swego wieku jest wyłącznie obserwatorem tych „cudownych” zdarzeń. Jak wiemy drogie Panie, prawda jest bardziej czarna niż kolorowa, a wyczerpane wielogodzinnym lataniem z mopem, praniem i prasowaniem śnieżnobiałych firanek i wiekami spędzonymi przy garach, bardziej w tych dniach przypominamy Grincha niż seksowną Panią Domu w mikołajkowym fartuszku z pomponikami tu i ówdzie. Bo i owszem święta są magiczne, ale na ową magię to my kobiety, musimy w pocie czoła zapracować.

Przedświąteczne porządki

Nie wiem jak tam u Was, ale mnie przedświąteczna gorączka dosięga na tyleż dotkliwie, że sprzątam każdy, najmniejszy fragment naszego mieszkania. To jak wybuch bomby atomowej, reakcja łańcuchowa, której początek jest zazwyczaj końcem mojego żywota, każdego posprzątaniowego wieczora. „Padam na ryja”, a potem wstaję rano, sprzątam i znowu „padam na ryja”. Myję okna, sprzątam szafy, szafki i szafeczki, układam, przekładam, przestawiam i ustawiam od nowa. Czasem przemeblowuję, by dojść do wniosku, że poprzednio było lepiej i przestawiam od nowa. Wywalam przy tym nieprawdopodobne ilości rzeczy, tzw. „przydasię”, które tak naprawdę nigdy się nie przydały i przeklinam na głos siebie, za każdą zagracającą mi szafki, niepotrzebną pierdołę. Ileż to razy obiecywałam sobie przejście na modny ostatnio minimalizm, wiedząc jednocześnie że składana sobie obietnica nie ma szans z mą zbieraczą naturą. Tak więc, sprzątam jak wariatka, zastanawiając się, w którą minimalną fugę w parkiecie zawędrują, by wyczyścić ją bardziej, bo i tak jest już czysta. Zawsze była…

Szał zakupowy i prezentowa inwencja twórcza

Jeżdżąc po parkingu, w poszukiwaniu jedynego, wolnego miejsca, którego i tak nigdy nie znajdujemy, nie mogę wyjść z podziwu dla ludzkiej głupoty. Swojej zresztą też. Galeriowy ukrop, tłumy, stosy wydanych pieniędzy i coroczne „nie wiem co komu kupić pod choinkę”, w normalnych warunkach wywołałoby u mnie falę konwulsji, a następnie mentalną agonię, zakończoną spektakularną śmiercią z efektem toczenia piany z pyska. Nienawidzę łazić po sklepach, nie znoszę wybierać, przebierać i stać w kolejkach, ale w tych dniach nienawidzę trochę mniej. Upstrzone sztucznym śniegiem sklepy, ozłocone lśniącym brokatem drzewka, sącząca się sentymentalna muzyka i do tego wszystkiego pewien rodzaj magii, które na kilka dni w roku odbierają solidną porcję rozsądku, sprawiają że powyższe niedogodności tracą nieco na swoim znaczeniu, a gorycz jest bardziej słodka, zmęczenie bardziej kojące, a złość bardziej subtelna.

I cały powyższy czar pryska niczym kolorowa bańka mydlana, w chwili gdy kilka minut przed spodziewanymi gośćmi wigilijnymi, nagle uświadamiasz sobie, że w lodówce brakuje najważniejszego składnika, a cholerne sklepy są już dawno pozamykane…

Kulinarne uniesienie

Przypieczętowane litrami wylanej krwi (noże są takie ostre) i hektarami poparzonej tkanki (a piekarnik taki gorący). Staracie się jak możecie. Najpierw wyszukujecie oryginalne przepisy, które mają zaskoczyć znudzone podobnymi smakami potraw podniebienia. Szukacie składników, które czasem łatwiej byłoby wydobyć wprost zza bram piekieł, by w końcu dojść do wniosku, że cały Wasz trud i godziny spędzone przy garach można o dupę potłuc, bo albo Wam nie wyszło, albo przepis był do bani. Oczywiście zawsze można zwalić na pogodę, niskie ciśnienie lub Tuska, ale nie oszukujmy się, nasze kulinarne poszukiwania potrawy idealnej do zaimponowania teściowej już nigdy w roku nie są, aż tak upierdliwe i nadaremne. A gdyby tak zostać przy tradycyjnym barszczu? … NEVER!!!!

Karp

Sama nie jadam, ale serce mi pęka, gdy widzę nagromadzone, stłamszone w rozporowych basenach na środku sklepowych hal karpie, które w męczarniach czekają na swą śmierć w imię tradycji. Widzę duszące się, zamknięte w jednorazówkach rybie pyski, które w niemym krzyku łapią swe ostatnie tchnienia. Pokaleczone, umęczone, cierpiące, ofiarnie znoszące brzemię społecznego przeświadczenia, że przecież „ryba głosu nie ma”, zatem i bólu nie czuje. Walka z ową tradycją jest niczym walka z wiatrakami, ale ja się pod nią nie podpisuję i z całym szacunkiem do karpiowego mięsa jadać go nie zamierzam. Bezlitośnie rozprawiam się za to z uszkami z grzybami, pierogami z kapustą i podwójną porcją sernika, które co roku utwierdzają mnie w przekonaniu, że przez kilka dni w roku, nasze żołądki stają się worami bez dna.

Obżarstwo

A’ propos:

„Weź mnie” – krzyczy 7 z rzędu pieróg z kapustą i grzybami,
„Chapnij” – ochoczo bulgocze grzybowa,
„Przekąś” – pomlaskuje parująca aromatem kapustka z grochem,
„Jeszcze kawałeczek” – pręży się dumnie sernik wiedeński

A wątroba? Niestrawność, zgaga, gazy, ulewki, nadkwasota, wzdęcia, sraczka, czkawka i tysiące innych dolegliwości, o których nawet firmom farmaceutycznym się nie śniło?

Kto by się tam przejmował, gdy wszystko takie pyszne.

Dodatkowe kilogramy

Które trudno zgubić do Sylwestra i w zasadzie od razu można poczynić pierwsze postanowienie noworoczne (których na marginesie nie znoszę) – schudnę… Tia…

Tęsknota za rodzinnym domem

To jedno z najbardziej ambiwalentnie znanych mi uczuć. Z jednej strony odkąd mam Sebastiana i małego Janka, święta zyskały dla mnie wyższy stopień wtajemniczenia. To ja jestem ich organizatorką i to my z mężem robimy wszystko, by te kilka dni w roku były tak samo magiczne dla młodocianego, jak były dla nas. Pamiętam jak każdego roku wyczekiwałam pierwszych, świątecznych oznak. Pierwszej, świątecznej wystawy z choinką, pisałam listy do Mikołaja, pomagałam mamie w świątecznych porządkach i wyczekiwałam dnia, w którym ubieraliśmy choinkę. Pamiętam zapach ciast, pasty do podłogi wymieszanej ze specyficznym aromatem kompotu z suszu, który królował na stole jeszcze w czasach, gdy świętowała z nami moja babcia Krysia. Brakuje mi tego i smucę się na myśl, że odkąd mieszkam w Łodzi, a moi rodzice daleko ode mnie, nasze święta nie są już takie jak kiedyś. Dzielą się na części złożone z chwil poświęconych rodzicom męża, naszej trójce i krótki wypad do moich rodziców i babci z Torunia. To właśnie przez to dalekie są od rodzinnej, tulącej ciepłem atmosfery, którą pamiętam z dziecięcych lat.

Stres

Grudzień to niekończący się wyścig z czasem. Dla perfekcjonistki, którą niewątpliwie jestem, nie ma miejsca na jakiekolwiek niedoróbki, a konfrontacja niekończącej się listy rzeczy do zrobienia, ze świadomością że doba tak jak w każdym innym miesiącu ma tylko 24 godziny, jest myślą nie do zniesienia. Po co się tak nakręcać? Ja Wam na to nie odpowiem, ale tak jak dawniej grudzień był moim ulubionym miesiącem w roku, tak teraz jest jednym z tych, które pomimo swojego uroku wywołuje we mnie irracjonalny strach przed tym, że z czymś nie zdążę i świat się przez to zawali. Przynajmniej mój świat…

Sprzątanie po wszystkim

Człowiek narobi się jak głupi, po to by nabrudzić i nabałaganić podczas gotowania, by wreszcie po wszystkim znowu sprzątać do późnej nocy. Gdzie tu logika? NO NI MA!!!

10 powód obala wszystkie, inne powyżej. Najgorsze w świętach jest to, że tak szybko się kończą… Zatem bez spiny chłopaki i dziewczyny.

Na koniec, chciałam podzielić się z Wami listem. Listem, który napisałam jako mała dziewczynka. Ile mogłam mieć lat, nie wiem, ale pewne jest jedno, dopiero co nauczyłam się pisać, choć z tym, że nauczyłam można by mieć wątpliwości 😛

list1list2

Zwróćcie uwagę, na adres na który wędrował list. Grenlandia jest na księżycu, zawsze była, a Ci co mówią inaczej, po prostu się mylą.

PS z góry przepraszam za fatalną jakość zdjęć listu, ale robiła je moja mama, nie spodziewając się zupełnie, że stanie się on gwiazdą blogowego wpisu :p

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • A mi w tym roku nic się nie chce. Wsxystko robię SLOW i w sumie zauważyłam, że idzie mI tak samo jak w zeszłym roku, gdzie miałam świąteczne ADHD😜. Nie wiem jak to możliwe, bo w tym roku pracuje a mój mały jest już chodliwy. Normalnie czary jakieś….

  • Ja od kiedy mam dziecko nie spinam się i święta są jakieś takie fajniejsze:) Nie ma szału porządków, robienia jedzenia itp. Oczywiście o koty z kurzu się nie zabijamy, bo sprzątamy na bieżąco i głodni nie chodzimy, ale nerwowe przygotowania odeszły w zapomnienie 😀

  • U mnie na święta były tylko dwie potrawy, bo spędzaliśmy je sami z mężem i naszym sześciomiesięcznym synem. To były cudowne święta.
    A Twój list do Mikołaja wymiata! Piękna pamiątka.

    • Moja mama znalazłwszy go zaplątanego pomiędzy kartkami książki popłakała się ze śmiechu i jednocześnie ze wzruszenia :p