Agora i Piano, czyli: coś spaprano

Fatalny pomysł i jeszcze gorsze wykonanie – chyba tylko w ten sposób można określić podjętą przez Agorę próbę pozyskiwania pieniędzy z internetowych wydań gazety. Już chyba nawet dziecko wie, że aby bez problemu czytać to, co przed niepłacącym czytelnikiem rzekomo zamknięte, wystarczy wchodzić nie bezpośrednio, a z wyszukiwarki Google.

piano

Ponieważ przed laty sam pracowałem w pewnej gazecie, doskonale Agorę rozumiem. Wpływy topnieją, trzeba jakoś zarabiać, a Internet, który miał przynosić krocie z reklam, sprawia jedynie, że coraz mniej czytelników kupuje wydania papierowe, zaś coraz więcej (spośród nich, ma się rozumieć) czyta on-line za darmo. Nic więc dziwnego, że trzeba szukać pomysłów na doprowadzenie do normalności, a więc do tego, by za czytanie gazety trzeba było płacić. Tylko, że
NIE TĘDY DROGA

Z takiego zabezpieczenia jak obecne śmieją się już nawet dzieci neostrady, a z przekonania, że internetowi czytelnicy zgodzą się Agorze płacić, większość pozostałych. Wirtualny zamek, który można otworzyć zapałką chroni treści – delikatnie mówiąc – nie będące marzeniem milionów. Pośród czytelników GW jest przecież bardzo wielu takich jak ja, którzy ją czytują (podkreślam: czytują, nie: czytają), bo alternatywy są co najmniej kiepskie. Brak poważnej konkurencji to dla wydawcy z jednej strony sytuacja komfortowa, z drugiej – pułapka, bo gdyby na rynku pojawiło się coś lepszego, a o to naprawdę nietrudno, upadek byłby tylko kwestią czasu.

Agora długo i mozolnie pracowała na to, by przypiąć sobie dwie łatki. Pierwszą – wydawcy politycznego, związanego ściśle z PO i broniącego interesów platformerskiego i okołoplatformerskiego środowiska. Wielu ludzi, słusznie lub nie, postrzega GW jako gazetę propagandową, służącą nie informacji, lecz manipulacji. Drugiej łatki nie nazwę wprost, by nie narazić się na zarzut podżegania do nienawiści na tle etc. Ale ona była, jest i chyba długo jeszcze będzie.

Być może wkrótce na miejscu obecnej parodii zabezpieczenia pojawi się coś skuteczniejszego, ale w Internecie jest już tak, że co jeden człowiek zamknie, to inny prędzej czy później otworzy. A nawet gdyby nie otworzył – szczerze wątpię, by Agorze w jej obecnej postaci udało się skutecznie pogodzić chęć wpływania na duże rzesze czytelników z gotowością tych ostatnich do płacenia. Coś za coś. W Polsce, w której zarobki wloką się w ogonie Unii Europejskiej, płatny dostęp do codziennej gazety w Internecie to nie najlepszy pomysł. Póki co, może się skończyć jedynie przejściem internautów do innych gazet, dostępnych on-line.

Co zatem musiałaby zrobić Agora, żeby skutecznie wprowadzić zasadę „za czytanie nas trzeba płacić”? Moim zdaniem istnieje kilka rozwiązań, przy czym wszystkie mają tę wadę, że są w praktyce nie do zrealizowania. Na przykład:

można by zacząć oferować w wydaniach on-line superatrakcyjne treści, niedostępne w wersji papierowej
można by uszczuplić wydania papierowe, a całą produkcję prezentować w płatnym serwisie on-line

Ale to nie dość, że nierealne, to jeszcze i tak nie wystarczy. Gazeta, za którą ludzie chętnie zapłacą i w kiosku, i w Sieci, musiałaby być dokładnie taka, jakiej chcą i potrzebują czytelnicy. GW w obecnej formie dzielą od tego lata świetlne. Tu musiałaby nastąpić prawdziwa rewolucja, skutkująca pozbyciem się obydwu wspomnianych wyżej łatek i przekształceniem w gazetę niezależną, informacyjno-publicystyczną, jednakowo łaskawą i jednakowo okrutną dla wszystkich opcji politycznych i światopoglądowych. Gazetę, której szefostwo wie, co mówią i myślą zwykli ludzie. Zaspokajającą ich potrzeby. Stojącą zawsze po stronie rządzonych, a nigdy po stronie rządzących. I ani odrobinę nie służącą jakiejkolwiek partii czy idei.

Być może kiedyś, kiedy zarobki Polaków osiągną jakiś przyzwoity poziom, będzie można z powodzeniem sprzedawać im taką GW, jaka istnieje obecnie. Ale do tego czasu takie pomysły jak ten z Piano mogą się tylko źle skończyć.