Cieszę się, że mój zaabsorbowany codziennością umysł, nareszcie wygenerował myśl powrotu do Was. Wspomniana codzienność odmieniona o 180 stopni, sprawiła, że w mej głowie wykiełkował pomysł pewnej metamorfozy bloga. Oprócz dotychczasowej tematyki, będziecie mogły poczytać coś w rodzaju pamiętnika młodej mamy, gdyż bycie mamą pochłonęło mnie bez reszty.

11 października 2012 roku to jeden z najpiękniejszych i jednocześnie najbardziej przerażających dni w moim życiu. Podobny dualizm, ba swoiste rozdwojenie jaźni towarzyszy mi po dziś dzień. Informacja o tym, że wewnątrz mnie kiełkuje nowe życie była jednocześnie piękna i przerażająca. Ten mały stworek, który z dnia na dzień stawał się człowieczkiem wygenerował lawinę zmian. Nowe, wymarzone mieszkanie, remont, przeorganizowanie swego światopoglądu i wiele innych, którymi nie będę Was zanudzać.
Po fazie absolutnego przerażenia, okraszonego niewyobrażalną radością, przyszedł czas niecierpliwego oczekiwania i ogromu pytań, które do dnia 9 lipca pozostawały bez odpowiedzi. Pamiętam pierwszą rzecz na stoisku z artykułami dla niemowląt, którą naprawdę mogłam kupić, a nie jak do tej pory wyłącznie podziwiać z rozrzewnieniem na twarzy. Pluszowy króliczek, który był najlepszym przyjacielem mojego dzidzia w pierwszych tygodniach życia, stanowił idealną podpórkę, pomagającą małemu utrzymać się na boczku 🙂

Kompletowanie wyprawki (napiszę Wam o tym) zbiegało się w moim przypadku z przygotowywaniem mieszkania w całości. Niekończące się remonty, składanie mebli, kompletowanie dodatków, wszytsko to działo się w moim przypadku w trybie przyspieszonym, ponieważ chciałam by mały brzdąc przyjechał do czyściutkiego, gotowego mieszkanka. Co więcej, wszechogarniający „burdel” i natrętna myśl „przecież ja nie zdążę, to się nie uda” dołowały mnie z każdym dniem, tuż przed ostatecznym rozwiązaniem. Dziś powiem tak, prawie się udało.
Kiedy wreszcie dopadły mnie pierwsze bóle, strach wymieszany z niewyobrażalną wprost radością, stworzył w mojej głowie miks o narkotycznej mocy. Pomimo niewątpliwych tortur, które towarzyszą wydawaniu na świat dziecka, chwile te pamiętam jak przez mgłę. Moment gdy ciepłe, rozkoszne ciałko znalazło się na moim brzuchu pamiętam tak dokładnie jakby wszystko działo się sekundę temu. Eksplozja miłości, radości mieszały się z uczuciem ogromnej ulgi, bo mały był piękny, zdrowy, a ja miałam to już za sobą. Pewnie wiele z Was zlinczuje mnie za to co powiem, ale dla mnie poród magiczny jest tuż po. Cały akt, to istny horror, a ja czułam się, że byłam w piekle.
Wraz z mężem podjęłliśmy decyzję, że będę rodzić w prywatnej klinice, ale o tym napiszę Wam już wkrótce, ponieważ dzisiejszy mój wpis stanowi preludium do tego wszytskiego o czym chcę Wam opowiedzieć.
Pierwsze dni bycia mamą, wspominam jako te najsłodsze, a zarazem pełne niepokoju czy dam radę? Wiecznie głodny brzdąc, przyssany jak glonojad do mojej piersi, pojawiające się co chwilę kupy, mokre bąki :p pierwsze nieprzespane noce i On. Leżący, pachnący maluszek, którego widok wywoływał we mnie eksplozję trudnej do opisania miłości, wypełniającej każdy milimetr mojego matczynego serca. To właśnie w tym czasie wszelkie obawy, powoli zaczynały ustępować miejsca instynktownym zachowaniom, dzięki którym dziś już wiem, że mały człowiek rodzi się z dołączoną do niego instrukcją obsługi.
Mało sypiam, marzę nie o nowym tuszu, bluzce czy najnowszych butach, a o przespanej i wyspanej nocy. Mój tyłek powiększył się do nieznanych moim spodniom rozmiarów, nie mam czasu na malowanie paznokci, ale jestem szczęśliwa, szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej, a Jaśka uśmiech (tak, tak już się uśmiecha) wynagradza mi najcięższe chwile, które dopadają nawet najbardziej wprawioną w bojach mamę…

Przepraszam Was kochane, za brak możliwości dodawania komentarzy, ale pod moją blogową nieobecność dorwał się do mnie jakiś paskudny bot, który nabałaganił i w dłuższej wolnej chwili muszę to wysprzątać i znaleźć sposób na pozbycie się tego dziadostwa. Zachęcam do kontaktowania się ze mną na moim Facebooku…

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.