Dziś, tutaj na blogu będziecie świadkami samobiczowania. Pamiętam, jak będąc w ciąży, przygotowywałam się mentalnie do bycia mamą, poczyniłam w swej głowie pewne postanowienia. Wtedy gdy maluch pływał w moim brzuchu, a ja pomimo rosnącej „bańki” do ostatniego dnia w ciąży byłam nadmiernie aktywna i dzielnie stawiałam czoła nieludzkim upałom lata 2013, wszytko wydawało się takie proste i oczywiste.

Postanowienie pierwsze

Tetra, tetra i tylko tetra…
Yeap! Gdy mówiłam to komukolwiek, wszyscy jak jeden mąż (no może z wyjątkiem moje mamy, która dzielnie mnie dopingowała) pukali się w czoło. W rzeczywistości okazało się, że nawet owi pukający mieli więcej wiary we mnie niż na to zasługiwałam. Prawda jest taka, że w tetrę nie zawinęłam ani razu, a wszystkie zakupione w tym celu pieluszki są na zmianę idealnymi przytulankami, ściereczkami przy jedzeniu, a dwie spełniają się świetnie w roli „polerek” moich osobistych okien. W tym przypadku poszłam za tłumem i kierując się osobistą wygodą postanowiłam zrezygnować z zeskrobywania, prania i prasowania do upadłego ogromnych ilości zapaskudzonych pieluszek, a leniem z natury nie jestem.
Postanowienie drugie
Będę kupowała tylko to co niezbędne i nie dam się pokusie kupowania ogromnej ilości ciuszków i zabawek…
Ja wiem, że Jasiek nie potrzebuje kolejnej grzechotki, maskotki czy dzidziowego autka, ale ta/ten którą/y widziałam jest zupełnie inna/y i Jasio musi ją/jego mieć. Pierwszy sklep, do którego podążam, nawet jeśli przyszłam po konkretną rzecz dla siebie to Smyk, w którym wymiękam. Na ciuszkach szaleję, przy zabawkach toczę pianę z pyska i chyba przeżywam drugie dzieciństwo. Co dziwne Jaś w tymże sklepie zawsze zanosi się płaczem. Być może moje półroczne dziecko jest mądrzejsze ode mnie i w jedyny znany sobie sposób stara się mi zakomunikować, abyś się opamiętała.

 

Postanowienie trzecie
Jasio będzie jadł tylko to co ugotuje mu mamusia…
Owszem, gotuję mu zupki, ale nie zawsze, a moja szafeczka z zapasami, aż pęka w szwach od zapasu obiadków i deserków dla maluchów. Nie chcę dawać małemu warzyw i mięsa, o których pochodzeniu nie mam zielonego pojęcia, a w dzisiejszych czasach niewiedza może sporo kosztować. Mam nadzieję, że producenci „słoiczków” zostali zaopatrzeni w sumienie i choć na jedzeniu dla maluchów nie kombinują.

 

Postanowienie czwarte
Cycek co najmniej przez rok, a jak da radę to nawet dłużej…
Pomimo usilnych prób, dałam radę wyłącznie przez trzy miesiące. A i ten okres wspominam jako torturę. Mój syn pomimo pomocy położnych, mojej ogromnej cierpliwości i wytrwałości w pokonywaniu przenikliwego bólu, nie przysysał a zagryzał się na mnie jak pirania. Po kilku tygodniach moje piersi były wiecznie nie gojącą się, sączącą raną, a organizm jakby zapomniał o zdolnościach regeneracyjnych tego fragmentu ciała. Z dnia na dzień było coraz gorzej i nie pomagało nam nic. Lanolina, nakładki, zmiany pozycji karmienia itp. wszystko to co zgodnie z radami miało mi pomóc tylko frustrowało bo widziałam i czułam, że zamiast być lepiej jest coraz gorzej. Mąż postanowił, że kupimy mi laktator, a że Sebastian ma to do siebie, że jak kupuje to zawsze tylko to co najlepsze, po przetrzepaniu sieci wybór padł na laktator elektryczny Medela (swoją drogą polecam go wszystkim mamom, które z jakiegokolwiek powodu nie mogą karmić swojego maluszka). Pomimo to, wydajność mych piersi wystarczyła na miesiąc, a po paskudnej grypie która przyplątała się do mnie pod koniec października, straciłam pokarm definitywne. Byłam załamana, a wszędobylska propaganda „Pokarm matki najlepszy dla Twojego dziecka” wyzierająca z opakowań mleka modyfikowanego wpędzała mnie w stan depresyjny. Dla mnie w owym czasie schemat myślenia był prosty. Nie mogę zapewnić memu dziecku tego co najlepsze to znaczy, że jestem beznadziejną matką. Na szczęście pod wpływem bliskich zrozumiałam, że modyfikowany diabeł nie tak straszny jak go malują, a mój dzidziuś najedzony do syta zaczął lepiej sypiać, Jego kupki stały się regularne, a i On sam dzięki stosowanemu przeze mnie planowi dnia i regularnym karmieniom zaczął funkcjonować jak z „zegarkiem w dupce”. Dziś wszystkim mamom w podobnej sytuacji pragnę zakomunikować, że karmienie mlekiem modyfikowanym ma korzyści, o których karmiąc piersią możemy tylko pomarzyć, a najważniejsza dla dziecka jest jego szczęśliwa mama. Z „cyckami mlekiem płynącymi” lub nie…

Postanowienie piąte, na dziś ostatnie

Będę najlepszą mamą jaką potrafię…

I jestem…Pomimo wszystkich powyższych, mniejszych i większych porażek, dla Niego staram się być najlepszą. Pomimo chwil załamania, uczuciom totalnej bezsilności, nieprawdopodobnego wprost zmęczenia, wiem że z niepowodzeń podnoszę się dla Niego. By swym postępowaniem pokazać mu jak być dobrym i wrażliwym człowiekiem. By pokazać mu, że po burzy zawsze wychodzi słońce, a porażka jest nieodłącznym elementem upragnionego zwycięstwa.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • A ja szczerze przyznam, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona swoim "mamowaniem". Ja nigdy nie mówiłam, że będę używać tetry więc ten problem od razu miałam z głowi i nie spędzał mi on snu z powiek. Najbardziej obawiałam się tego jak to będzie z moją cierpliwością albo brakiem jej. A tu okazuje się, że mam tak wielkie pokłady cierpliwości do mojego dzieciątka, że mąż nie może wyjść z podziwu. Po drugie jeśli chodzi o gotowanie i jedzonko Zuźki to je posiłki przygotowane przeze mnie lub babcie, oczywiście zdarzy nam się słoiczek, ale jest to rzadziej niż sporadycznie (brak jakichkolwiek zapasów w domu). Nawet na wyjścia staram się zabierać jedzenie zrobione przeze mnie. Po trzecie szał zabawek i ciuszków póki co mnie omija, ale zwalam to na zdrowy rozsądek i małe gabaryty kawalerki. Poza tym uważam że córcia ma tego mnóstwo (babcie, dziadkowie, rodzina i przyjaciele są bardzo hojni – buziaki dla wszystkich). Po czwarte cycuś szybko się skończył, ale niestety nie miałam na to wielkiego wpływu, więc nie mam sobie nic do zarzucenia.
    Reasumując, pękam z dumy patrząc jak pięknie moja córcia rośnie i rozwija się.
    Polecam macierzyństwo każdej kobiecie, a obawy, każda je ma, ale życie bardzo szybko je weryfikuje 🙂
    powodzenia wszystkim MaMoM 🙂

    • Ja na cześć mojego syncia chyba publicznie odśpiewam pean, bo tyle radości i tyle satysfakcji ile daje mi ten mały stwór to ciężko nawet opisać. Ostatnio również gotuję mu sama i aż serce rośnie jak widzę jak wciąga zupkę maminą, aż mu się małe uszka trzęsą. Z szału zabawek skutecznie otrząsa mnie Seba 🙂