Proszę Państwa, przed Wami nieprawdopodobne przedstawienie. Niespełna półtoraroczny szkrab tresujący swoją mamę. Nie będzie skoków przez płonące obręcze, podawań łap (rąk) i dawania głosu. Będzie szara codzienność, która za sprawą małych rączek jest cudownie kolorowa.

Noc Codziennie wieczorem tuż przed zaśnięciem myślę o tym jak cudownie byłoby się wyspać. Ponoć pozytywne myślenie przyciąga pozytywny obrót zdarzeń. Póki co to tylko teoria, bo mój osobisty treser dba, abym sen traktowała jak bezcenną nagrodę. Nawet jeśli uda nam się przespać noc, co w przypadku dziecka przyssanego jak glonojad do smoka (didi) jest dość trudne, to i tak mniej więcej w granicach godziny szóstej rano, nerwowo zerkam na zegarek, oddychając bezszelestnie, łudząc się jednocześnie, że mały stwór pośpi jeszcze dłuższą chwilę. Wracając do didi. Didi to komenda, którą wykonuję na pełnym śnie, omijając napotkane na swej drodze przeszkody (mimo zamkniętych oczu), przywołująca mnie wprost w progi Jaśkowego łóżeczka, nakazująca zamknąć rządną  didi paszczę, która bez didi nie zaśnie. Ani na chwilę. Jednak to nie takie proste jakby się na pozór mogło wydawać. Moje dziecko już od pewnego czasu stosuje wyższy level owej sztuczki i czasem didi, nie jest dydem wolnossącym, a dydem stanowiącym integralną część butli wypełnionej ciepłym mleczkiem. Na szczęście naganny proceder staramy się stopniowo eliminować.
Poranek O zgrozo. Przed pracą szykuję się jak przysłowiowa mysz pod miotłą. Nawet wody w klozecie nie spuszczam, tak strasznie pragnę w spokoju przyszykować się do pracy. Zazwyczaj tuż przed zwieńczeniem swojego porannego make-upu, kropką nad i okazuje się być moja wybudzona pociecha, dzięki której kilka razy wyszłam z domu z wkręconym wałkiem na włosach (nie pytajcie), jednym pomalowanym okiem, a raz nawet w domowych kapciach.
W weekendy małe, rozgrzane ciałko przy pomocy taty, ląduje mi na głowie i to by było na tyle, z mojego planowanego przez cały tydzień pracujący wyspania się. Słyszę w uchu słodkie „mama” i już wiem, że moje małe dziecię, delikatnie acz wymownie (klockiem w łeb) daje mi do zrozumienia, że pielucha nazbyt mokra, a kiszki marsza grają.
Śniadanie Szybko, szybko, szybko, szybko. Mleko kipi, jajecznica płonie, bułka kruszy się na miał, masło twarde, dziecko głodne na całego, a mnie ni z gruchy ni z pietruchy wyrastają dwie kolejne ręce, które jakimś cudem ogarniają ten chaos i już po chwili Jasio wcina nieco zbyt mocno ściętą jajeczniczkę ze szczypiorkiem, zagryza bułeczką z niedokładnie rozsmarowanym, zbyt twardym masłem i popija kakao, które na jego szczęście wychodzi mi w nerwach za bardzo kakaowe.
Zabawa Tu tresuje mnie najmocniej. Tańczę dokładnie tak jak Jasio zagra. Małe chce klocki, bawimy się klockami. Po chwili klocki są już nudne, a najlepsza na nudę jest totalna rozpierducha. Pióra latają, wszystko z niebywałą ekspresją wyrzucane jest na środek pokoju, by po chwili matka biegała po tym samym, ale zabałaganionym już pokoju i po raz tysięczny zbierała porozrzucane w ferworze zabawy atrybuty dziecięcej wolności. I dzień świstaka. Rozochocony udaną tresurą malec po raz kolejny wywala i znowu rozrabia, wystawiając mą odporność psychiczną na niewyobrażalnie trudną próbę. Syzyfowa praca? Kiedyś się mu za to odwdzięczę :p
Janek wymaga ode mnie coraz bardziej kreatywnych zabaw, a moja pomysłowość w tej materii to niestety dość płytkie i szybko wyczerpywalne źródło. W wewnętrznym krzyku bezsilności, sadzam tresera na bajce i korzystając z chwili dziecięcej nieuwagi, gotuję obiad. W tej materii mogłabym konkurować z Mc Donalds, gdyż jestem definicją domowego fast foodu i bynajmniej nie chodzi o alternatywę dla tamtejszego niezdrowego menu, a o czas spędzany nad garami.
Posiłki Dokładnie każdy z nich to potężna próba dla mojej cierpliwości. Jasio odkąd zasmakował (nomen omen) samodzielnego posługiwania się łyżeczką (czasem też widelcem) nie przepada za karmieniem, w związku z tym, w zależności od serwowanej mu konsystencji, jedzenie jest wszędzie. Nie narzekam, bo owa samodzielność idzie mu naprawdę świetnie. Oczywiście wymaga to ode mnie sporej gimnastyki, osobliwych metod chłodzenia posiłku, wielominutowego sprzątania tuż po, ale widok wiosłującego łychą Jasia wynagradza nawet najbardziej zachlapaną pomidorówą ścianę.
Kąpiel Panta Rhei (wszystko płynie). Mały chlapie do momentu gdy nie zamknę drzwi od kabiny prysznicowej. Gdy je zamknę Jasio je otwiera, by chlapać ponownie. Im bardziej wycieram podłogę tym maluch bardziej dokłada wszelkich starań, bym miała więcej do wycierania. Cudowna zabawa 🙂 Niestety dla mnie nieco wkurzająca, dlatego przy kolejnym już wyciskaniu przepojonej wodą ścierki, cicho prycham pod nosem. Co mi zostało?
Tym oto sposobem jestem marionetką w rękach małego szkraba, który bezpardonowo wyciska matkę jak cytrynę. Mogę dać się wyciskać, bo największą mą nagrodą jest Jego uśmiechnięta buzia i świadomość, że ten uśmiech na twarzy jest największym dziełem mojego życia.

 

Jasio ma na sobie:
Koszula – ZARA
Spodenki – ZARA
Zimowce – DEMAR
Kurtka – Lidl Lupilu
Komin – H&M
Czapka – ZARA
Smycz do smoka – ToGo Lullalove

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.