Archetypem współczesnej kobiety w przyszłości będzie bezmyślna dziunia, dla której priorytetem są wypaśne zakupy w głośno reklamowanym sklepie internetowym na Z. To przerażające, że przyszło nam żyć w czasach kultu głupoty, bezkrytycznego konsumpcjonizmu i monstrualnych, kobiecych pośladków, o których powstały i wciąż powstają utwory „literackie”.

W przeszłości kobieta była uosobieniem wszelkich cnót, delikatnego piękna i dostojnej elegancji. Mężczyznom imponowało nasze opanowanie, harmonia ciała i ducha, niewymuszona opiekuńczość, a także wewnętrzne i zewnętrzne piękno, które potrafiłyśmy godnie prezentować. Zduszone gorsetem konwenansów, tego co wypada lub raczej bardziej tego co nie wypada, tłamszone ograniczeniami wynikającymi ze społecznej roli wyłącznie żon i matek, zapragnęłyśmy emancypacji. Wlazłyśmy w spodnie, najczęściej obcisłe, nadmuchałyśmy cycki, by jeszcze bardziej podkreślić swój największy atut i swoją „bronią kobiecą” poczęłyśmy zdobywać świat. Zachłyśnięte pozorną wolnością, na własne życzenie wpadłyśmy w kolejną pułapkę własnego wizerunku, który stał się nadrzędną determinantą otaczającej nas rzeczywistości. Dostałyśmy świra na własnym punkcie i wiele z nas nie zdaje sobie sprawy jak bardzo są zniewolone.Burza sztucznych włosów, syntetyczne paznokcie z niewyobrażalną ilością przyklejonych do ich powierzchni ozdób, nadmierna ekspozycja na działanie UV, przerysowany make-up, tona tłuszczu lub kolagenu w wargach, pościg za trendami, tym co modne, a co nie. Czy naprawdę o taką wolność walczyłyśmy? Kobiece myśli coraz częściej zdają się oscylować wokół tematów absolutnie błahych. Największe problemy „nie mam się w co ubrać”, „nie jem nic, bo będę za gruba” i tym podobne „bzdury”, doprowadzają nas do granic rozpaczy, a sposobem na odzyskanie, utraconej w powyższy sposób równowagi psychicznej jest rozrzutny „szoping” lub spałaszowanie całego słoika nutelli przy ulubionym serialu. Brzmi znajomo?

Świat sięga bruku, a ludzkość coraz dotkliwiej zaczyna cierpieć na postępujący zanik szarych komórek. Trendem jest by kobieta była wyłącznie ładna, a co za tym idzie nie grzeszyła intelektem. Co gorsza wiele z pań godzi się na bycie wyłącznie ozdobą przy boku dumnego ze swego produktu partnera. Idąc tym tropem, współczesna kobieta to istota niemyśląca lub myśląca inaczej. Ma problemy z orientacją w terenie, wchodzi wychodząc i odwrotnie, nie odróżnia prawej od lewej, myli gaz z hamulcem i nadaje się wyłącznie do stania przed lustrem. Wpatrzona we własne odbicie nie widzi nic z wyjątkiem mankamentów, a większość pracy mózgu determinuje mechanizm poznawania kolejnych cudownych diet, imponowania koleżankom czy snucie planów na przyszłość. Ta kręci się wyłącznie wokół przyziemności natury materialnej. Szare komórki (nieliczne) przetwarzają dane dotyczące trwających lub kończących  się wyprzedaży, pomysłów na niezapomniane wakacje i innych pierdół, które choć przyjemne daleko kobiet nie zaprowadzą. Jako istoty o być może mniejszym, niż męski mózgu, ale za to bardziej pofałdowanym (a jak wiemy to nie wielkość, a jakość ma znaczenie), nie spychajmy się do roli laski przy boku swego faceta. Używajmy innych niż cielesne argumentów, a może dzięki temu przestaniemy być postrzegane przez pryzmat naszego ciała. Intelekt jest nie mniej pociągający niż stringi w rozmiarze S. Potwierdzi to każdy wart swej kobiety facet. Lalki, zwłaszcza chłopcom szybko się nudzą. Kobieta, która otwiera usta w innym niż seks oralny celu, która czyta, wie i przede wszystkim reprezentuje poziom choćby pagórków intelektualnym, nie będzie stanowić chwilowej zachciewajki samca z kryzysem wieku średniego, który w pewnym momencie dojrzy w tej pięknej wyłącznie plastyk.

Nie piszę tego jako feministka, bo nigdy nią nie byłam i nie będę. Piszę to jako świadoma swej intelektualnej wartości kobieta, która oburza się na widok lansowanego w mediach, prasie czy literaturze wizerunku współczesnej kobiety, który samoistnie utrwala w mężczyznach przekonanie, że jesteśmy od nich nieco gorsze, bo prawie całkiem puste.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.