W koło babyboom. Wszyscy znajomi i nieznajomi chwalą się brzuszkami. Widząc szczęśliwe, przyszłe mamy z uroczymi, zaokrąglającymi się kształtami odczuwam za każdym razem coś, co kłuje jak zazdrość wymieszana z trudną do pohamowania tęsknotą i strachem.

Ciąża to cudowny stan. Przynajmniej moja taką była, ponieważ obce mi były jakiekolwiek typowe, ciążowe dolegliwości. Poza bólem piersi i śmiesznym puchnięciem pod koniec ciąży, które jeszcze bardziej upodabniało mnie do słonia, nie odczuwałam większego dyskomfortu wynikającego ze stanu błogosławionego. Oj bolały mnie także plecy i to tak, że czasami trudno było mi się podnieść, ale z niewiadomych lub wiadomych mi przyczyn wymazałam z pamięci tę niedogodność. W każdym razie ciążę wspominam jako stan niezwykle sentymentalny i przyjemny

 

Pamiętam chwilę, w której dowiedzieliśmy się, że będziemy rodzicami. Wracając z pracy, kupiłam po drodze test ciążowy, który bez zbędnych ceregieli zrobiłam zaraz po przyjściu do domu. Znam swoje ciało i wiem, że niemal od pierwszej chwili dawało mi znaki, że coś się w nim zmienia. Pamiętam noc po naszym szaleństwie, kiedy powstał Jaś i pamiętam chwilę, w której przebudziłam się w nocy przerażona, szepcząc Sebastianowi do ucha, że „ja jeszcze nie chcę mieć dziecka, że tak strasznie się boję”. To właśnie tamtej nocy zostałam matką i codziennie dziękuję losowi, że dał nam tak cudownego syna jakim jest Jaś. Ale wróćmy do testu, wspomnianego na samym początku mojego wywodu. Pamiętam jak tuż po nasikaniu na niego przechwycił go, wtedy jeszcze, mój przyszły mąż. Pamiętam luzik w jego głosie, gdy pojawiła się jedna kreska i dziwne drżenie, gdy po chwili zaczęła pokazywać się druga. Pamiętam też strach w równych proporcjach wymieszany ze szczęściem. Chciałam być matką, a jak nie wtedy to kiedy? Przecież miałam 27 lat. Potwierdzeniem mojego stanu był test z krwi, który nie pozostawił wątpliwości, że oto za około 36 tygodni zostanę mamą na pełen etat.

 

Dziś, po najszczęśliwszych dwóch latach mojego życia, czuję że nie jestem gotowa na drugiego malucha i to z przedziwnych dla niektórych powodów. Znam wiele przykładów, kiedy po narodzinach młodszego dziecka rodzicom odbierało rozum, przez co starsze szło w uczuciową odstawkę. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której na świat przychodzi brat czy siostra Jasia, któremu jako noworodkowi muszę poświęcić całą swą uwagę kosztem czasu, który codziennie spędzamy sobie razem.Wiem, dla rodziców dwójki lub większej gromadki to irracjonalne, ale boję że nie dałabym rady podzielić się sobą w sprawiedliwy sposób, tak by mój pierworodny i najcudowniejszy nie czuł, że jego młodszy brat lub siostra odbiera mu mamę. To po pierwsze.Po drugie, to w jakich żyjemy czasach, także nie jest dla mnie bez znaczenia. Wychowanie dziecka to dziś niemal ekwilibrystyka na dużej wysokości, bez zabezpieczenia. Nasze, niewinne, małe istotki są całkiem bezbronne wobec postępu technologicznego, który w nieoceniony sposób wpływa na ich osobowość. Spójrzmy na dzisiejszą młodzież w wieku nastoletnim. Swoiste zombie zatopione w odmętach dzierżonych w dłoniach ekranów. Nawet jeśli przesiadują w swoim towarzystwie, to rozmawiają ze sobą poprzez portale społecznościowe, a ich główną determinantą jest liczba lajków pod niedawno dodanym zdjęciem. Co więcej zdjęcia te nie przedstawiają nic, poza wykrzywioną w dziwnym grymasie twarzą lub zawartością talerza, szklanki itp. itd. Małe dzieci szybciej niż mowę czy samodzielne jedzenie, opanowują sztukę obsługi ekranu dotykowego, ich ulubioną formą rozrywki są głupkowate programy na Youtube, które niejednokrotnie przegrywają z próbami wkręcenia ich w kolorowe, lecz mimo wszystko nieruchome obrazki przepięknych przecież książek. Konsumpcjonizm pochłania rodziców niczym bagno, przez co podświadomie przekazujemy dzieciom nie do końca godne przekazania wartości. Wystawy sklepów krzyczą, sklepy z odzieżą dziecięcą odbierają zdolność logicznego myślenia, a my czasem zupełnie poza sobą robimy sobie z naszych dzieci swoistą rekompensatę. Za moich czasów zabawkę z Peweksu kupowało się od wielkiego dzwonu i to za sumę, która stanowczo przekraczała możliwości przeciętnej, polskiej rodziny. Zamiast tuzina Barbie, posiadało się jedną może dwie, zamiast kilku pudeł klocków posiadało się jeden pokaźny komplet (albo i nie), a zamiast gier komputerowych przesiadywało się na trzepaku, chodziło po drzewach, zdzierało kolana i wracało do domu umorusanym, podartym z głową pełną wspomnień z kreatywnie spędzonego dnia. Pamiętam gołąbki ze ślimaków (ślimaki wyciągnięte ze skorupy, owijałyśmy w liście), zupę z wody z kałuży, ciastkarnie w piaskownicy, zabawy w chowanego, bazy, zabawy w podchody i wszystko to, co dla większości dzisiejszych dzieci jest totalną nudą i zamierzchłością, o której nawet nie chcą mieć pojęcia.To wszystko, a i wiele więcej powoduje, że dorastające pokolenia, coraz trudniej wychować na ludzi. Rodzice pochłonięci pracą, by ta zaowocowała świetlaną przyszłością ich latorośli, zatracają się w roli „pracowników miesiąca”, przez co ich ambicja „ciągle więcej i więcej” przysłania im ich najważniejszą rolę bycia rodzicem. Wpadają w błędne koło, polegające na materialnym wynagradzaniu dzieciom ich fizycznej nieobecności, a to w dalszym ciągu powoduje wychowanie snobistycznych, egoistycznych i zadufanych w sobie sobków, dla których najwyższą wartością są posiadane dobra materialne. Z drugiej strony dysproporcje pomiędzy grupami społecznymi, powodują niekontrolowany wzrost frustracji wśród tych, którzy z jakichkolwiek powodów posiadają mniej niż sąsiad czy mama Ali z przedszkola.Niepewna sytuacja polityczna, coraz bardziej zaogniające się konflikty wśród najbliższych sąsiadów (i nie tylko), kulejąca służba zdrowia, wzrost przestępczości, brak tolerancji w społeczeństwie, wzrost nienawiści do wszystkiego co inne, dopalacze, wszechobecna pornografia, przemoc na każdym kroku, brak poszanowania własności i godności drugiego człowieka, nieuleczalne choroby, które ewoluują, pozbawiając życia z coraz większą skutecznością, brak w ludziach szacunku dla wszystkiego co nas otacza, również do nas samych, wszechobecny strach o niepewne jutro i wszystko to, co mogłabym wymieniać w nieskończoność, a co spędza mi sen z powiek, sprawia że boję się sprowadzić na świat kolejne maleńkie istnienie, o które będę drżeć przez resztę mojego życia. Wystarczy, że drżę za tego jedynego, który pląta się co dzień pod moimi nogami, a za którego szczęśliwe i długie życie, z dala od wszystkich zagrożeń, dałabym się pokroić.

 

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Mam podobne obawy, ale nie są one aż tak duże jak u Ciebie i w przyszłym roku postaramy się o drugie dzieciątko. Może bogaci nie jesteśmy, ale biedni też nie. Co do połączenia pracy i macierzyństwa – wszystko da się zrobić, tylko nie można na głowę brać sobie zbyt wiele. Szanuję i rozumiem Twoją decyzję, fajnie, że ktoś potrafi przyznać się do tego, że nie chce mieć więcej dzieci w czasach, kiedy minimum to 2+2.. 🙂

  • Ja mam jeszcze jedną obawę…D. jest idealny,dokładnie taki jak go sobie wyobrażałam zanim się urodził.te sameblond włosy,niebieskie oczy,śliczna buzia i zadziorny charakter…jest tu choć mogło go nie być już kilka razy….i myślę że drugiego dziecka nie jestem wstanie tak…pokochać

    • F.

      Też o tym myślałam. Mam mojego małego, ukochanego chłopca, który jest taki jaki miał być. Czy gdyby pojawiło się drugie to czy potrafiłabym pokochać je tak samo jak tego pierwszego, wymarzonego?
      Co do "dzisiejszej młodzieży" to ja się trochę nie zgadzam. To znaczy, patrzę na to zupełnie inaczej. Dużo rozmawiałam kiedyś z tatą (z zupełnie innej epoki) na ten temat. On twierdził, że ludzie zawsze są tacy sami i młodzież też się nie zmienia. Zmieniają się możliwości. Mówił, że za jego czasów młodzi ludzie byli tacy sami jak teraz. Mam czasem wrażenie, że to przez media dużo częściej słyszy się teraz o tym co złe a w rzeczywistości liczba takich przypadków wcale nie wzrasta (lub nieznacznie). Pracowałam kilka lat z młodzieżą i z dziećmi i przynajmniej ci, których miałam w rękach nie są "zniszczeni" przez czasy i technologię. Są dokładnie tacy sami jacy byliśmy my i też latają po trzepakach (czasem faktycznie ze smartfonami w kieszeniach) i też zdzierają kolana i jedzą brudne jagody obsikane przez lisy. Nie jestem pewna, czy gdybyśmy my mieli facebooka w czasach szczenięcych i chwalili się na nim naszymi wyczynami to czy okazalibyśmy się dużo mądrzejsi od współczesnych dzieci.
      Ale to takie moje przemyślenia. Wcale nie muszę mieć racji.

    • Przemyślenia jak najbardziej wskazane 😉

  • Super fotki, tyle szczęścia na nich 🙂