W pokoju pachniało kawą i świeżo wyjętym z piekarnika, popisowym sernikiem czekoladowym z migdałami. Jej uśmiech wypełniał całą kuchnię, a codzienna krzątanina była dla niej satysfakcjonującym punktem szarej codzienności. Zadbana, zgrabna, ładnie ubrana… Kobieta.

Malowane co drugi dzień paznokcie, były odzwierciedleniem jej wielobarwnej duszy. Niebieskie, zielone, różowe, czerwone, cała feeria barw. Nosiła kobiece stroje, koronkową bieliznę i buty na obcasie. Wszystko to, nie było wtedy niewygodne, niepraktyczne i całkiem niepotrzebne. Wręcz przeciwnie, cotygodniowy „szoping”, sklepowe łupy i godziny spędzone przy lustrze zdawały się być niezbędnymi w osiąganiu wizerunkowej Nirvany. Nie była próżna, raczej świadoma swej intelektualnej i wizualnej wartości, którą jako kobieta starała się w sobie pielęgnować. Podobała się mężczyznom, bo prócz urody była zabawną, wiecznie uśmiechniętą dziewczyną, z którą można było przysłowiowe „konie kraść”. Bawiła się, chodziła na piwo, imprezowała do rana, sącząc koniecznie kolorowe drinki z palemką. Nie zmieniła się nawet wówczas, gdy spotkała mężczyznę, o którym zaczynała myśleć o wspólnej przyszłości. On sam zresztą do spokojnych nie należał, dlatego na tym polu i na wielu innych zresztą, zgrywali się w sposób idealny.
Mała kawalerka gdzieś na jednym z łódzkich osiedli. Jej pierwszy rok zawodowej pracy i kiełkująca w głowie myśl, którą coraz trudniej było jej zagłuszyć. Bycie matką, było w jej mniemaniu, kropką nad i kobiecej egzystencji. Uwielbiała dzieci swoich koleżanek i z zazdrością śledziła facebookowe tablice znajomych, którzy stawali się świeżo upieczonymi rodzicami. Ich zdjęcia z maluchami zalewały jej serce falą wzbierającego w niej instynktu. Malowanie paznokci, nowa kurtka czy torebka cieszyły wtedy jakby mniej.
Nie umiem opisać uczucia, które towarzyszyło mi w momencie gdy zobaczyłam na teście dwie kreski. Cieszyłam się i bałam, co ja mówię byłam przerażona, a sama próba wyobrażenia sobie siebie w roli matki, kończyła się trudnym do opanowania wybuchem histerii. Przerażało mnie wszystko. Rozmowa z rodzicami, ślub z brzuchem, ślub w ogóle, sytuacja w pracy, przeprowadzka do naszego mieszkania, wiele miesięcy oczekiwań i sam poród w końcu, którego bałam się jak niczego przedtem. Bałam się pierwszej swej ciążowej wizyty u ginekologa. To właśnie wtedy po raz pierwszy ujrzałam na ekranie moje, małe, bijące serduszko, którego widok przewartościował strachy w mojej głowie, dzięki czemu zamieniły się one w radosne oczekiwanie na wszystko co było przed nami. Myślę, że to właśnie wtedy zaczęłam przepoczwarzać się w to czym w końcu się stałam…
Jestem matką. Nieidealną, bo w ideały nie wierzę. Zdarza mi się krzyknąć, tupnąć nogą i przekląć pod nosem, niezwykle siarczyście. Zatraciłam się w tej roli, zapominając po części o byciu kobietą i żoną oczywiście. Uświadomił mi to mąż, który podczas jednej z naszych kłótni, powiedział że zwyczajnie jest o Janka zazdrosny. Z początku chciałam wyśmiać, bo jak można być zazdrosnym o własne dziecko, ale popatrzyłam w lustro. Złociste, niegdyś długie i zdrowe włosy poszarzały i straciły swój młodzieńczy blask, zamieniając się w krótko ścięty, żenująco pędzelkowaty kucyk. Fajna, nie tak dawno zgrabna sylwetka, zamieniła się w coś na podobieństwo nieociosanego bala, na którym wszystko jakoś dziwnie leży. To jak bardzo „się odkształciłam” pokazała mi sytuacja z moją psiapsiółą Asią, której postanowiłam podarować wszystkie swe najlepsze ciuszki z przed ciąży. Niegdyś moje ulubione sukienki, teraz to na niej wyglądały zjawiskowo, a ja musiałam przełknąć gorzką pigułę nowego o dwa numery większego rozmiaru, którego nienawidzę i nie mogę zgubić. Brak akceptacji swojego ciała, począł rodzić we mnie poczucie wstydu, który przejawiał się i przejawia we wszystkich dziedzinach mojego życia. Figlarne spódniczki, seksowne sukienki i uwielbiane legginsy, musiałam zamienić na workowate spódnice do ziemi oraz luźne, kamuflujące boczki tuniki. Malowanie paznokci, stało się w mym mniemaniu niepotrzebnym zawracaniem dupy, a makijaż? Pomalowane rzęsy i muśnięcie zmęczonej cery różem przecież w zupełności wystarczą.
Przeobrażenie się w kobiecego „potwora” zadziało się także w mojej głowie. Nie jestem już eksperymentującą w kuchni, smakową kokietką. Jeśli już połaszczę się na ugotowanie dla męża czegokolwiek na obiad, to jest to zupa (bo szybko), kotlet (bo łatwo), albo pizza (bo na telefon). Oczywiście dla Jasia sięgam po kulinarne wyżyny, uskuteczniając niemal garnkową alchemię, by było zdrowo, wartościowo i do tego smacznie. Ostatnim mym kulinarnym popisem dla kogoś innego niż mój roczny pisklak, było zeszłoroczne Boże Narodzenie. Od tamtej pory (o zgrozo) jestem gotującą minimalistką przez duże M. Zresztą w wielu innych aspektach codziennej egzystencji, mój kobiecy minimalizm, powoli doprowadza mnie do szału. Nie osiągając satysfakcji z bycia satysfakcjonującym siebie samą człowiekiem, jestem mentalnym wrakiem siebie sprzed kilkunastu miesięcy. To dość powszechny model, bo dziecko jest cudowną wymówką na brak dbałości o siebie samą i to zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym niestety. Do niedawna faktycznie nie czułam potrzeby podobania się komukolwiek (nawet sobie), bo z niewyspania, zmęczenia i totalnej rezygnacji, była to ostatnia myśl i ostatnie me dążenie. Bardziej zależało mi na doczłapaniu się pod koc do łóżka, zagryzając ewentualną frustrację paczką ulubionych Miśków (Haribo), niż na wzięciu spraw w swoje upaćkane kaszką ręce.
Dziś, gdy moje dziecko stało się nieco bardziej samodzielne, ładnie sypia i z dnia na dzień zmienia się na moich oczach, nie chcę być już tym kim jestem. Chcę wrócić na falę wznoszącą i powrócić do bycia piękną, choćby wyłącznie w swoim i męża mniemaniu. Muszę pokochać siebie na nowo i  zacząć oprócz bycia matką, być także atrakcyjną pod każdym względem KOBIETĄ. A dlaczego poród zmienił mnie w dziwadło poczytaj tutaj.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Oj kochana, każda chyba tak ma, nielicząc tego jednego procenta, który wszem i wobec wypisuje, że się nie daje wpędzić w taki stan, ma czas i potrafi wszystko jednocześnie, w tym samym czasie wpędzając 99 procent z nas w poczucie winy, że tego nie potrafimy. Szkoda, że więcej z nas otwarcie nie mówi tego wprost, co Ty powiedziałaś. Ściskam Cię serdecznie i trzymam kciuki 🙂

  • Bardzo przemówił do mnie ten post. Może dlatego, że jest tak osobisty, a na początku jakby mowa o mnie. Końcówki swojej historii nie znam, bo jestem w 6 miesiącu ciąży, ale myślę, że wiele Twoich doświadczeń tu się sprawdzi. To dobrze, że okres bycia TYLKO i AŻ mamą masz za sobą, powodzenia do powrotu Kobiety przez duże K 🙂