Kobieta to skomplikowana istota. Matka to skomplikowana kobieta do kwadratu. Ja natomiast, to skomplikowana matka do sześcianu, silnia, pomnożona do nieskończoności. Jak każda lady mam swoje mniejsze lub większe dziwactwa, dlatego będę wdzięczna każdej z Was, która w komentarzu postanowi podzielić się swoimi. Będzie mi raźniej 🙂

Prasuję wszystko

co tylko można uprasować. Koronkowe majtki, skarpetki, ręczniki, pościel z kory (choć już takowej nie posiadam, bo została rozprasowana). Prasuję nawet skarpety mojego męża i maskotki syna. Po co? Bo tak. Bo wydaje mi się, że uprasowane lepiej leży, ładniej pachnie, dłużej jest świeże, a przede wszystkim zadbane i dłużej wygląda jak nowe. Czy to prawda? Nie wiem, ale niewiedza nie przeszkadza mi w moich regularnych seansach z deską i żelazkiem w dłoni. Jak ja tego nie znoszę!!! a walczyć z tym nie potrafię…

Nie mogę doczekać się

wieczora, gdy moje dziecko pójdzie spać, a ja będę miała swoją chwilkę dla siebie. Gdy nadchodzi godzina „0”, rozgaszczam się na kanapie ze świeżo zaparzoną herbatką, książką w dłoni (którą czytam od miesiąca i przeczytałam może z 40 stron), otwieram książkę, czytam iiiii… budzę się w środku nocy, zdziwiona „co ja do cholery robię na tej kanapie i dlaczego herbata mi wystygła?”.

Nie znoszę

gotować i zapewne dlatego biorę sobie na głowę najbardziej skomplikowane potrawy świata. Kotlet z ziemniakami to nudaaaa, dlatego na własne życzenie funduję sobie półdniowe stanie przy garach, które pokutuję frustracją przy półdniowym sprzątaniu po nim.

Jestem kwintesencją

niezdecydowania. Moje wypady do sklepu, których tak na marginesie nienawidzę, kończą się wielogodzinnym kręceniem nosa, które to w rezultacie prowadzi mnie do wyjścia. Zazwyczaj nie podoba mi się nic, a nawet jeśli już mi się spodoba, to podjęcie ostatecznej decyzji to dla mnie „mission imposible”. W końcu nigdy nie mam pewności, że w kolejnym sklepie nie znajdę czegoś jeszcze lepszego. Albo w drugiej galerii… albo w innym mieście… SIC? Sklepy to nic. Najgorzej jest w restauracjach, gdy podczas składania zamówienia 15 razy zmieniam zdanie, a potem i tak gonię kelnerkę, po to by wybrać coś innego, z czego ostatecznie nie jestem do końca zadowolona.

Jestem cholernie emocjonalna

Zawsze byłam, ale po ciąży poziom empatii stał się dla mnie wręcz uciążliwy. Ryczę na reklamach, bajkach, w autobusie, w pracy, praktycznie nie ma miejsca, filmu czy też sytuacji, w której mój mózg nie wytworzyłby sobie powodu do dyskretnego lub mniej dyskretnego poryczenia się. Pamiętam gdy zanosiłam się płaczem podczas filmu na National Geographic, był to poród… słonia. Ryczałam jak bóbr…

Boję się

potwora spod łóżka i doprawdy nie wiem, jak mam żyć ze świadomością, że muszę przekonać Jasia do jego nieistnienia. Przecież potwór spod łóżka na prawdę istnieje. Ufoludki też.

Jestem nadgorliwcem

Wyznaję zasadę „co masz zrobić jutro, zrób teraz, bo nie wiadomo czy jutro będziesz miała na to czas”. To upierdliwe, bo przez takie podejście całymi dniami (oczywiście po pracy) latam z mopem, ścierką i płynem do mycia, a i tak jestem przekonana o ogromnej ilości rzeczy do zrobienia. Rano, podczas szykowania się do pracy, wycieram kurz na półkach (bo rzucił mi się w oczy), przy myciu kubka myję cały zlew, a przy okazji cały blat, a skoro umyłam już blat to co mi tam, mogę umyć okno… to nie ma końca.

JESTEM PANIKARĄ

Najskrajniejszą ze skrajnych. Mój poziom czarnowidztwa jest niewyobrażalny. Mój umysł zaprzątają błahostki, które urastają do niewyobrażalnych rozmiarów, przez co skutecznie potrafię nakręcić machinę wyimaginowanego strachu, który jest tak irracjonalny, że zadziwia nawet mnie samą. I gdzie tu logika?

Nie lubię czekolady!!!!

Na serio jej nie znoszę.

Kocham,

wprost ekstatycznie uwielbiam drapać się w uchu.

Uwielbiam spać

spać i jeszcze raz spać i tylko dlatego, że odkąd mam Jasia wyspać się nie mogę, uważam że bycie mamą uniemożliwia osiągnięcie pełni szczęścia.

Moim ulubionym zapachem jest

… zapach domestosa. Gdy czuję go w powietrzu to znak, że było sprzątane, a ja lubię jak jest czysto i z całą pewnością mogłabym uczyć czystości panią Małgorzatę Rozenek.

Umiem

pokazać „fucka” palcem u prawej stopy, pierdzieć kolanem i wypić piwo jednym łykiem :p

Uwielbiam

przemeblowania, bo wszystkim raczej szybko się nudzę.

Pamiętam,

gdy jeszcze będąc w ciąży zarzekałam się, że nie będę kupowała Jasiowi zbyt wiele zabawek, po to by nauczyć go szacunku do posiadanych przedmiotów, tymczasem jego pokój to niekończący się plac z zabaw.

Nie wiem

które z nas (Jaś czy  ja) bardziej „jara się” kinder niespodziankami?

Uwielbiam

oglądać durne filmiki na YouTube, na których dziewczyny godzinami rozprawiają na temat koloru szminki czy lakieru do paznokci.

Nie pamiętam już, kiedy to ja nie byłam na diecie.

Uwielbiam

oglądać, gdy mój mąż gra na Playstation, bo sama nie potrafię obsługiwać pada. Jestem przez to ponoć ideałem żony, gdyż tylko jedna gra, którą mój mąż ubóstwia doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Nie odróżniam prawej od lewej

To znaczy wiem, że jest jakaś tam różnica, ale kto by zaprzątał sobie głowę głupotami? Ponoć to pospolity, kobiecy problem. Prawda to?

Uwielbiam towarzystwo mężczyzn

…i nie ukrywam, że to zawsze z facetami łatwiej było mi się dogadać.

Jestem kreatorem własnych snów

tzn. potrafię śnić o tym o czym pomyślę, że chciałabym śnić (ponoć zdolność taką posiadają osoby wybitnie inteligentne :p ). Gdybym w podobny sposób umiała wykreować swoją rzeczywistość…

Jestem niepoprawną marzycielką…

… a po ciąży także niepoprawną pesymistką.

Uwielbiam horrory,

ale zawsze oglądam je pod kocem i co chwilę pytam męża, czy film jest bardzo straszny.

Nie znoszę disco-polo

i nie kumam, dlaczego ten typ „muzyki” jest ta strasznie popularny. Może któraś z Was mnie oświeci.

A Wy jakiego macie świra ? 🙂

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.