Pamiętam mój pierwszy, dziecinny pamiętnik (prototyp dzisiejszego
bloga), w którym wpis z każdego dnia zaczynał się tymi samymi słowami, „Dzisiaj był bardzo miły dzień” i ten dzisiejszy właśnie takim miłym był. Wybraliśmy
się z Jankiem w fantastyczne miejsce. Jako, że nasz mały dzidziuś jest
typowym półroczniakiem, kiepsko znosi pobyty rodziców w kawiarniach,
restauracjach czy innych jadłodajniach. Zazdrośnie śledzi każdy ruch widelca, którym pakuję wybraną pozycję menu do swojej buzi. Zerkaniem dość szybko się nudzi i z marudzenia przechodzi do czynu. Pomagają grzechotki, które zawsze mam przy sobie, plastikowe kubeczki i wszystko co znajduje się na naszym stole co uznam, że jest na tyle bezpieczne, bym mogła dać to w małe rączki mojej latorośli. Ale to też się nudzi…

Ostatnio przy jednym z naszych restauracyjnych obiadów, Jaś bez krępacji sklepał obsługującą stolik obok kelnerkę po pupie. Oczywiście nie muszę dodawać, że tatuś był dumny. Wróćmy jednak do dnia dzisiejszego. Od dłuższego czasu szukałam w Łodzi klubokawiarni, w której maluszki mogą czuć się jak „ryba w wodzie”. Znalazłam! Niepozorną, ukrytą w odmętach brudnych ścian blokowisk lecz przyjazną jak kochane ściany własnego mieszkania Klubokawiarnię Różowe Okulary. Jaś był zachwycony, bo wreszcie wybraliśmy się w miejsce gdzie wszystko było stworzone dla niego.

 

Na uwagę zasługują kawiarniane ściany, powyklejane pamiątkowymi fotografiami roześmianych maluchów, które są najlepszą wizytówką tego uroczego miejsca.

Małż zatytułował to zdjęcie Jaś i Dwie! Świnki PePa! Oprócz najsłodszego na świecie uśmiechu mojego Synka, humor poprawiały nam pyszna kawa oraz choć z wyglądu niepozorny, to naprawdę smaczny serniczek na zimno z malinkami, którego smak powrócił wspomnienia letnich, wygrzanych słońcem dni.

 

Rozrywek dla maluszków jest tam co niemiara. Czyściutkie maskotki, kącik zabaw z klockami, piłkami i wszystkim co maluszki lubią najbardziej, ściana magnetyczna, gry planszowe, kolorowe książeczki i wiele więcej, przez co spędzone tam chwile mijają szybko i niepostrzeżenie, przez co naprawdę łatwo o zasiedzenie.

 

 

Jaś widząc piłkę, aż popluł się z wrażenia :p
Oprócz tego, zupełnie niezamierzenie byliśmy obserwatorami
organizowanych tam zajęć z animatorem. Grupka kilkuletnich maluchów
szalejąca z farbami i nie tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że
znalazłam miejsce, do którego będę chciała wracać i to jak najprędzej.
Pacynkowy piesek zawładną sercem mojego synka. Jaś chichrał się z niego jak oszalały, a mnie jako matce serce w piersi niemal nie eksplodowało z radości. Jego śmiech to pokarm mej niewyspanej duszy, a słodki jego dźwięk daje mi największą z możliwych satysfakcji, że to małe oplute, w wyrżniętymi do połowy dolnymi jedynkami jest moim największym szczęściem, dumą i lekarstwem na każdy choćby największy smutek.

A Wy chodzicie czasem w tego typu miejsca?

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Baaardzo nas zachęciałaś 🙂 Chętnie również skorzystamy, zwłaszcza, że daleko nie mamy 🙂

    • No Wy to macie prawie pod nosem. Mam nadzieję, że idziemy razem w pon lub wt??