Pamiętam pierwsze otwarcie „sklepu z wózkami”. Zakupy tam były wielką atrakcją, a cosobotnie wyjście na sklepowe łowy, niecierpliwie wyczekiwaną chwilą. Wszystko było pod ręką, a człowiek sięgał na półki bez opamiętania. Bo śliczne, bo taniej. Pamiętam, kilometrowe kolejki i torby pełne niepotrzebnych rzeczy, które zapomniane w lodówkowych czeluściach, gniły w niej tygodniami.

Dziś zmądrzałam. Nigdy więcej plastykowych pomidorów, tekturowych ogórków, „azotowej” sałaty, chińskiego czosnku, itp. Dość mięsa z tacki na rakotwórczym pampersie, wyschniętych ryb i tego wszystkiego, za co każą nam płacić w ogromnych marketach. Uwielbiam ryneczki i targowiska. Za to, że ulubiona Pani ekspedientka wyciąga mi cielęcinę spod lady, bo wie że dla Jasia. Uwielbiam kramy uginające się pod ciężarem pachnących świeżością warzyw i owoców. Uwielbiam atmosferę przekupek, dla których zawsze jestem „szefowa”.
Nie dałam się zwariować produktom ekologicznym, bo zwyczajnie w nie nie wierzę. Jedyne co w nich prawdziwe to wygórowana cena. Pomimo faktu, że wokół ekożywności wyrosła religia, dla mnie to jedynie wyświechtany farmazon, który przyciąga nieświadomego konsumenta niczym magnes, bezlitośnie opróżniając jego portfel.
Większość „ekologicznych” produktów, ekologicznymi jest tylko z nazwy. 
Produkcja żywności ekologicznej w granicach UE regulowana jest rozporządzeniem, które ściśle określa normy, jakie  muszą spełnić
producenci, by ich produkty trafiły na półkę BIO. Wedle przepisów oraz obowiązujących norm: za żywność ekologiczną
uważa się tę wyprodukowaną według zasad najbardziej zbliżonych do upraw
naturalnych, bez użycia chemicznych środków ochrony roślin, sztucznych
nawozów czy dodatków do pasz. 
Eroliść – znak, że dana żywność jest
tym za co chcemy zapłacić.
Tylko w momencie, w którym 95 procent składników
danego produktu, zostało wytworzonych metodami ekologicznymi, a produkcja
była nadzorowana, rolnicy (producenci żywności) mają prawo używać
logo UE (tzw. euroliścia). To właśnie euroliść jest sygnałem dla potencjalnego konsumenta, że dany produkt jest faktycznie tym za co pragnie zapłacić. W polskiej świadomości utarło się, że produkt ekologiczny, to droższy produkt, dlatego producenci na wielką skalę nadużywają informacji, o rzekomej ekologiczności oferowanych towarów.

Oprócz znaku Unii
Europejskiej istnieją także certyfikaty lokalnych organizacji, takie jak
niemiecki Bio-Siegel czy polskie logo Stowarzyszenia Producentów
Żywności Metodami Ekologicznymi „Ekoland”.

UWAGA: Na etykiecie
bioproduktu, oprócz nazwy producenta i przetwórcy
(ewentualnie sprzedawcy), powinniśmy odnaleźć także, nazwę lub kod jednostki certyfikującej oraz
oznaczenie miejsca pochodzenia produktu.
Nie taka ekologiczna jak ją malują.
Badania pokazują, że wbrew powszechnym oczekiwaniom żywność ekologiczna, niewiele różni się od produktów uzyskiwanych metodami tradycyjnymi. Badania opublikowane przez Annals of
Internal Medicine, jasno dowodzą, że produkty
ekologiczne (pochodzenia roślinnego, jak i zwierzęcego) zawierają
jedynie nieco więcej fosforu, a w przypadku mleka i drobiu są one tylko nieznacznie bogatsze w kwasy
tłuszczowe omega-3. Zatem czy warto przepłacać?
Co więcej,
badania niemieckiej Fundacji Warentest, wykazały że produkty ekologiczne mogą być gorsze od tych wytwarzanych metodami konwencjonalnymi. Potwierdziły to testy
gotowych dań dla dzieci.
BIO obiadki dla maluchów są bezpieczniejsze dla maluchów pod względem zawartości szkodliwych dla zdrowia substancji (konserwanty, barwniki, itp.), ale o wiele uboższe w witaminę C oraz ważny dla zdrowia poziom tłuszczów. Innym dobitnym przykładem są ekologiczne oleje rzepakowe, które po prostu były niezjadliwe.
Warto obalić jeszcze jeden mit. Badania Fundacji Warentest pokazują, że w 75 procent
przebadanych BIO owoców, warzyw i herbat zawierało o wiele niższą zawartość szkodliwych pestycydów, niż w przypadku konwencjonalnych upraw. Należy jednak, wziąć pod uwagę, że mniej pestycydów, w ekoproduktach nie oznacza, że nie mają one pestycydów wcale. Dyrektywy unijne dopuszczają w przypadku upraw ekologicznych stosowanie 27 pestycydów pochodzenia naturalnego. Pamiętajmy jednak, że to co pochodzi od natury, nie zawsze jest dobre dla zdrowia. Przykładem są trucizny, więc nie dajmy się zwariować. Najgłośniejszym przykładem, potwierdzającym powyższe jest ekologiczna uprawa papryki w Hiszpanii i włoskiej sałaty, w których wykryto rotenon, podejrzewany o przyczynianie się do rozwoju choroby Parkinsona. Szkodliwymi okazują się być, stosowane w celu ochrony ekoupraw przed szkodnikami, naturalne roztwory miedzi, które u niemowląt i małych dzieci mogą powodować uszkodzenie wątroby. W ekologicznych ziemniakach, miedzi może
być nawet dziesięciokrotnie więcej, niż w warzywach z upraw
konwencjonalnych.
Warto zaznaczyć, że rośliny same posiadają właściwości samoochrony przed szkodnikami i szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Przykładem są silnie kancerogenne azotany, które samoistnie „wytwarzają się” chociażby w ekologicznej sałacie w warunkach niedoboru światła lub po przechłodzeniu. Całkowicie
naturalnie, występują także bakterie chorobotwórcze, takie jak na przykład salmonella, listeria czy
Campylobacter. Rośliny samodzielnie wytwarzają naturalne konserwanty, w celu skutecznej walki ze szkodliwymi, chorobotwórczymi mikroorganizmami.
Niewątpliwym atutem żywności ekologicznej jest świadomość tego, jak produkowana jest nasza żywność od samego
początku do końca. Ścisła kontrola nad produktami gwarantuje poczucie bezpieczeństwa w kwestiach dodatków do żywności, a także pewność, że produkt certyfikowany jest tym czym chcemy aby był…

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.