Śmiejemy się z moim Małżem, że Jaś to mały galerian. Jak on lubi sklepy, kolorowe wystawy, intensywne światła i wszechobecny gwar i zgiełk. Aż piszczy z podniecenia i ma tak od małego (jak by teraz był duży). Moje „cygańskie dziecko” chichra się wtedy na całe gardło, zwracając uwagę większości przechodniów i aż strach się bać jak on lubi być w centrum powszechnego zainteresowania.
Ponieważ nasza niespełna siedmiomiesięczna latorośl, rośnie jak na drożdżach (troszkę drożdżówek w ciąży połknęłam) jego dotychczasowy fotelik stał się dziwnie krótki i ciasny, postanowiliśmy zakupić Jankowi nowy tron. Nie wiem jak to jest z innymi maluchami, ale nasze dziecko na światłach, przejściu dla pieszych, przejeździe kolejowym i w każdym innym momencie gdy samochód musi stanąć, zamienia się w śliniącego się, rozwrzeszczanego potwora, który doprowadzi do eksplozji błony bębenkowe każdego kto znajdzie się w jego zasięgu. Poza tym to prawdziwy anioł, któremu najzwyczajniej w świecie czasami odbija 🙂
Mamy szczęście mieszkać w niewielkiej odległości od perły łódzkiej rozrywki i kultury – Manufaktury (rym całkiem niezamierzony), dlatego zwłaszcza w chłodne zimowe dni to właśnie ją obieramy za cel swych wózkowych spacerków. Jaś uwielbia tamtejsze fontanny, które o tej prze roku, wyglądają jak z piekła rodem.

 

Zresztą, po zmroku z pozoru zwykłe centrum handlowe, zamienia się w miejsce magiczne, które wpisuje się w pamięć każdego, kto choć raz zawitał w łódzkie progi.

 

 Łódź jest mocno specyficznym miastem. Mieszają się w niej elementy zapierające dech w piersiach (niespotykane nigdzie indziej kamienice, ulicę Piotrkowską, klimatyczne kafejki i puby etc.) z odrażającymi, o których kiedy indziej, gdyż dzisiejszy mój post w zamyśle zupełnie inny niż zaistniały, mówić ma o rzeczach prostych i przyjemnych.
Po wnikliwym rekonesansie, zasięgniętych opiniach i wstępnych oględzinach zdecydowaliśmy się na fotelik znanej i cenionej firmy MaxiCosi. Dziś powiem o nim niewiele, mina mojego Stworka natomiast,  może nieco więcej. I tak uważam, że jest nieobiektywny, bo został w nim posadzony na śpioszka, a tata dość długo walczył z nieznanym mu dotąd sposobem zapinania pasów (choć pewnie dla wielu z Was niezbyt odkrywczym).
Odkryłam także Jaśkową pasję. Szczoty w automatycznej myjni samochodowej są takie kolorowe i interesujące. I po co komu Lunapark? :p
Tak owszem, chwilę wcześniej ryczał w niebogłosy, ale szczoty perfekcyjnie odwróciły jego zbolałą, rozchwianą nowościami uwagę i już po chwili śmialiśmy się razem jak oszalali.
A jakie dziwactwa mają Wasze maluszki? Co uwielbiają, a czego nie znoszą? Pochwalcie się proszę.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Mnie nie jest pisane zobaczyć mycie samochodu od środka. Będzie trzeba Jana zabierać na mycie samochodu skoro to lepsze niż lunapark i w dodatku nie ja płacę 🙂

    • No jak to nie?? Toż pewnego razu, ja odpalę tę kosmiczną machinę, a TY zostaniesz w środku. Chyba dam radę?

  • O. aktualnie tarmosi szczotę do zamiatania. Nieważne, że najczystsza nie jest- przynajmniej spokój na 10 minut 🙂 Generalnie 90% jego dziennej aktywności to dziwactwa. Pozostałe to jedzenie, kupa i spanie… 🙂 A fotelik MaxiCosi też mamy 🙂