Pompują, ociekają potem, pompują, a potem napinają się niczym tuszki indyka, na półce u rzeźnika (rym zupełnie przypadkowy). Umięśnione ciała przypominają atlas ludzkiej anatomii, w której to do przesady wyeksponowano każdy mięsień, dla dobra nauczanych. Jednak oni to nie eksponat, prześmiewczy „ludek” na którym uczono nas przyczepów, ścięgien i innych szczegółów anatomicznych. Oni tak na serio, a ich na pozór zdrowy tryb życia, ze zdrowiem ma niewiele wspólnego. Po 10 miesiącach regularnego chadzania na siłownię stwierdzam, że nienawidzę tego miejsca z całego, swego, rządnego chudnięcia serducha. To miejsce to dobrowolna sala tortur, na którą własnoręcznie podpisujemy na siebie cyrograf, decydując się na zakup karnetu na dłuższy czas (bo tak bardziej się opłaca). Ze swojej strony nie polecam i na prawdę z utęsknieniem odliczam dni, po upływie których pożegnam się z tym miejscem. NA ZAWSZE!!!

Mamy do czynienia z modą na bycie fit. To świetnie, bo rzeczywiście sama dieta, bez aktywności fizycznej nie pozwoli nam stracić nawet jednego kilograma. Pojawienie się Ewy Chodakowskiej, obudziło w Polkach nadzieję, że nawet z najbardziej zasiedzianej na kanapie przy „Na wspólnej” hipopotamicy, przy odrobinie potu, krwi i łzach, można wyczarować przepięknego łabędzia. Podziwiam determinację kobiet, które potrafią zdopingować się do codziennych ćwiczeń, gdy przy jednej nodze berbeć, przy drugiej mop, w rękach ścierka do kurzu, a w głowie tysiące strategii jak to wszystko ogarnąć. Ja pamiętam siebie sprzed kilku miesięcy, kiedy po powrocie do pracy, po całym intensywnym dniu, jedyne co chciałam zrobić wieczorem, to odpalić YouTube i oglądać Szusz na jej kanale (swoją drogą polecam). Pamiętam deszczowy dzień, w którym postanowiłam zapisać się na siłownię i podniecenie, które towarzyszyło pierwszym mym szlifom na tamtejszym sprzęcie. Umówmy się, siłownia sprzyja obserwacji i ćwicząc nie można przestać „jopić się” na każdego kto ćwiczy w promieniu 10 m od ciebie. Klienci sali tortur, zasadniczo dzielą się na dwie grupy. Marzycieli, którzy przyszli tam, jako po ostatnią deskę ratunku, a ich główną determinantą jest widok lecących na łeb i szyję kilogramów, oraz Pakerów, którzy znaleźli w tym sposób na własne życie. Gatunek pośredni praktycznie nie występuje, gdyż marzyciele, którym udało się osiągnąć zamierzony cel stają się pakerami, a inni po prostu opuszczają to miejsce, z nadzieją, że nigdy nie będą musieli do niego wracać (ten ostatni to ja).

Pakerzy, to zarówno kobiety jak i mężczyźni, a stosując tę nomenklaturę, posługuję się skrótem myślowym , gdyż nie każdy z nich bardziej niż człowieka przypomina mi wyglądem żubra. Wśród tych żubrowatych, są pięknie zbudowani ludzie, którzy w chodzeniu na siłownię znaleźli sobie sposób na własne życie. Ja nie znalazłam.

Ci na pozór zdrowo wyglądający ludzie, w przerwach między ćwiczeniami wpychają z pudełek coś, co na pierwszy rzut oka przypomina wymiociny mojego dziecka po zatruciu się papryką. Tę kontrowersyjnie wyglądającą breję popijają jednym, a czasem dwoma koktailami proteinowymi, które wlewają w siebie hektolitrami. Kobiety dodają do tego batony proteinowe oraz całe garści syntetycznych suplementów, które zapijają kolejnym koktailem proteinowym. Wiadomo, że mięśnie i urodę pięknie wyrzeźbionego ciała, najlepiej podkreśla opalenizna, a oni nie mają czasu leżeć na słońcu, klata się przecież sama nie zrobi. Regularnie zamykają się w ultrafioletowej trumnie i smażą niczym flądra pod kołderką z cebulki. Mam na siłowni znanego trenera. On sam przyznał się do tego, że na początku swojej kariery starał się uświadamiać ludziom ich błędy podczas ćwiczeń na maszynach. Niestety, częściej spotykał się z niezadowoleniem i opierduchą niż rozsądnym „dziękuję za cenne uwagi”, dlatego wyrobił w sobie mechanizm nie zwracania na to uwagi. Co więcej tak zachowuje się 80 % trenerów na siłowniach, a jakie konsekwencje niesie ze sobą nieprawidłowe ćwiczenie na sprzęcie, chyba nie muszę opowiadać. Zwichnięte stawy, naderwane ścięgna, skręcenia, wybicia, bóle itp. kontuzje to chleb powszedni, zwłaszcza jeśli ćwiczenia wykonujesz nieprawidłowo.

Nie o tym miałam pisać, ale wstęp jak zwykle przerósł moje najśmielsze oczekiwania i wyewoluował prawie w osobny post :p Chciałam napisać jak zdrowymi i zbawiennymi dla naszego zdrowia są codzienne spacery. Im dłuższe tym lepsze, ale zakłada się, że 5 km to absolutne minimum jakie trzeba przedreptać każdego dnia. Korzystając z sierpniowego słońca, pięknej, letniej pogody, postanowiłam codziennie maszerować do pracy. Mam to szczęście, że trasa obfituje w parki i całkiem strawne dla oka, jak na Łódź widoki. Pokonuję odcinek ok. 8 km, co w dwie strony daje ponad 16 kilometrów przyjemnego „step by step”. Po kilku tygodniach regularnego spacerowania zauważyłam wymierne skutki dla zdrowia i mojej osobistej urody.

  • całkowita redukcja cellulitu. To wręcz ekstremalne działanie, gdyż do tej pory absolutnie nic nie może się z tym efektem równać. Stosowałam już żele, peelingi, masaże, cuda niewidy, ale nigdy nie byłam tak zadowolona z efektu jak teraz.
  • rozmiar w dół. Z L wciskam się w Mkę i to bez trudu. Ponownie wróciłam do uwielbianych legginsów i jestem niemal zadowolona z odbicia w lustrze (niemal, gdyż jestem beznadziejnym typem, dla którego nigdy nie jest dość dobrze, dlatego wbrew zdrowemu rozsądkowi, dąży do nieosiągalnego ideału).
  • brak apetytu na słodycze. To niesamowite, ale endorfiny wydzielane podczas marszu, całkowicie wystarczają mojemu organizmowi, przez co nie potrzebuję słodkich umilaczy.
  • zadowolenie z własnych poczynań. To chyba największy plus każdego sportu, gdyż najzwyczajniej w świecie nabieramy sympatii do samych siebie.
  • dotlenienie organizmu, dzięki czemu przyspiesza się przepływ krwi, usprawniając pracę serca, układu oddechowego i nerwowego. Regularne spacery podkręcają metabolizm, przez co efektywniej spalamy tkankę tłuszczową.
  • oczyszczenie organizmu, które są następstwem dotlenienia. Zauważyłam poprawę stanu skóry, a dzięki temu, że strudzona wielokilometrową wędrówką piję więcej wody, zauważyłam także poprawę ogólnego nawodnienia mojego organizmu.
  • 10000 kroków dziennie korzystnie wpływa na nasz układ odpornościowy o czym mam zamiar przekonać się już tej jesieni w okresie wzmożonych przeziębień i zachorowań na grypę.
  • spacerując w słoneczny dzień zwiększa się wydzielanie witaminy D, która oprócz wspomagania odporności, chroni nasz organizm przed nowotworami, osteoporozą, a także pełni rolę we wzmacnianiu naszych zębów i kości.
  • utrzymując tempo 3 km/h po godzinie stracimy ok. 240 kcal, chodząc z prędkością 5 km/h pozbędziemy się ok. 320 kcal, a spacerując 7 km/h spalamy aż 440 kcal. Spalanie kalorii w przeliczeniu na minutę, jak widać nie jest wysokie, ale rekompensuje to długi czas trwania wysiłku, dzięki czemu organizm potrafi spalić znacznie więcej kalorii niż podczas krótszych, bardziej intensywnych form aktywności.
  • dodałam też nieco letniej opalenizny do swojego codziennego looku 🙂

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.