Bycie matką to sztuka. I na tym koniec wzniosłości, bo dziś o rzeczach przyziemnych niczym brzuch jamnika i grzesznych niczym myśli zakonnicy w sklepie ze świecami (posypią się za to gromy, a i bramy piekieł będą dla mnie jakby nieco bliższe).

Bycie matką nie powoduje zjawiska, w którym nagle po dwóch stronach kręgosłupa wyrastają Ci skrzydła, a nad głową zaczyna lewitować zawsze świetlista, złocista aureola. Wręcz przeciwnie, arsenał drobnych i większych grzeszków poszerza się o kilka nowych, które  przybliżają Cię do kopyt i rogów na czole, a opanowana do perfekcji sztuka mimikry pozwala na skuteczne zacieranie śladów po  mrocznej stronie Twojego Jestestwa.
KŁAMSTWO
Macierzyństwo jak nic innego na świecie uczy wyrafinowanego kłamstwa. I kurde nie bójmy się tego słowa. Rodzice kłamią, kłamali i kłamać będą, a Ci co mówią, że nie kłamią – KŁAMIĄ, ŻE NIE KŁAMIĄ!!! Znacie to? – Gdy byłam w Twoim wieku w szkole miałam same piątki (tia), albo – za moich czasów, dzieci lubiły chodzić do szkoły (eche), gdy byłam dzieckiem nie w głowie mi były takie głupoty (tylko jeszcze większe) itp., itd.
Ten etap mam przed sobą, ale wiem, że nie wyłamię się ze schematu podkoloryzowywania przeszłości dla dobra przyszłości, chyba że Jasio będzie już na tyle dojrzały, że udźwignie opowieści matki o tym, jak za młodu chadzała na wagary, bo jako przewodnicząca sama mogła usprawiedliwiać swoje nieobecności, a po piwie puściła pawia dzieciom do piaskownicy (bardzo się tego wstydzę).
LENISTWO
Na najwyższym poziomie. Okropne do tego stopnia, że dwukrotnie zdarzyło mi się zaspać po Jasia do żłobka i zjawiłam się później niż pierwotnie zakładałam, przez co mój synuś był jednym z ostatnich odbieranych w tym dniu dzieci. Wyrzuty sumienia dość szybko przestały dawać o sobie znać, gdyż kolejne 15 minut spędziłam (w pocie czoła) na gonitwie Jasia po szatni, by dorwać go i ubrać by w końcu wziąć go do domu.
Wieczory zamiast przy desce do prasowania, spędzam przy telewizorze, oglądając najgłupsze programy na TLC, a to co powinnam dziś, odkładam na jutro, czyli niezależnie od tego czy mamy poniedziałek czy czwartek, na piątek. Dlatego za tymi ostatnimi nie przepadam.
Obiad to wróg, zwłaszcza jeśli mam go ugotować, dlatego cieszę się, że Jasio gustuje w żłobkowej kuchni (w naszym żłobku jest kuchnia, a nie catering), dzięki czemu przymus garowania ogranicza się do dwóch dni w tygodniu.
Mogłabym spać dniami i nocami, w rzeczywistości podsypiam w tramwaju lub by niepodsypiać wypijam hektolitry mlecznej kawy (dobrze, że nie cierpię na nietolerancję laktozy).
Więcej nie zdradzę, bo będziecie się ze mnie śmiać, a i tak będziecie.
OBŻARSTWO
Zwane przeze mnie skrytożerstwem. Przy Jasiu, jako że jestem matką kameleonem, udaję rozkochaną w warzywach wyznawczynię slowfoodu. Nie używam vegety, ograniczam sól, wsuwam surowiznę, a w piekarni kupuję tylko pieczywo z pełnego ziarna. W rzeczywistości wyczekuję chwil, gdy Jasio nie widzi i wpierniczam chipsy, fryty, czasem Bigmaka i delektuję się każdym kęsem niezdrowej strawy. W końcu wszystko dla ludzi (ale nie wszystko dla dzieci). Piwo też (ale mam ochotę na miodowe)!!!
AKTORSTWO NA NAJWYŻSZYM POZIOMIE
Ulubione słowa przy Jasiu to dziękuję, przepraszam, proszę, wyolbrzymiane i nadużywane do zbełtania się tęczą. Język kulturalny jak TVP kultura. Dosłownie, ĘĄ bułkę przez bibułkę. Gdy natomiast, w najbliższym otoczeniu mego dziecka brak, na pierwszy plan wynurza się ma rubasznie-krotochwilnie-sowizdrzalska część natury, ubrana w woal mało wyszukanej polszczyzny, okraszonej miksem nieparlamentarnych słów, które uwielbiam i które niejednokrotnie bezbłędnie opisują mój stan ducha 🙂
GNIEW
O mnie jako młodej gniewnej pisałam Wam już TUTAJ i w tejże sprawie pracuję nad sobą najintensywniej, aczkolwiek to walka trudna i nierówna. Wkurzam się na wszystko, a w te kilka dni w miesiącu na wszystko do potęgi drugiej. Zamieniam się wtedy w prehistorycznego potwora, który nienawidzi wszystkiego i wszystkich z wyjątkiem Jasia i kubełka lodów (patrz obżarstwo, paragraf 3).
GRZESZNE MYŚLI
Nowe buty, ładna kiecka, tête-à-tête z mężem, znowu tête-à-tête z mężem. Marzenia, nasza niezawodna antykoncepcja za ścianą, skutecznie utrudnia nam jakąkolwiek próbę zbliżenia się do siebie na odległość mniejszą niż 1,5 metra. Wraz z Jasiem wyszedł na świat absolutny ZAKAZ ZBLIŻANIA SIĘ DO MAMY. JASIA MAMY!!! Tak więc, wiodę życie pustelnicy z nałożonym w imię wyższych zasad (ale jakich?) celibatem i czekam, cierpliwie czekam, aż jak każda inna, także i moja antykoncepcja przestanie działać (choć to wcale nie oznacza, że chciałabym mieć drugie czy też TRZECIE).
To nie wszystko. Ileż razy słysząc poranne nawoływania mojego trzpiota myśłałam, – p##@&$%#!! Nie wstaję, albo obrywając kolejną już porcją ugotowanej z serca zupy, –  k#%@# Mać! Nie chcesz, nie żryj, albo po raz setny upominając Janka, by nie rzucał klockami, bo mi łeb nap#@%&#!!! *
 
* kursywą napisane są moje myśli. Żeby nie było niedomówień, nie zawsze co w głowie, to na języku.
ZAZDROŚĆ
Zazdroszczę własnemu dziecku. Zazdroszczę mu beztroski, niczym nieograniczonej możliwości wysypiania się, zabawek, bo nic nie musi, bo jest mały i słodki, a wszyscy go uwielbiają. Tyle, że jest to zazdrość podszyta dumą z samej siebie, że dobrze radzę sobie w roli matki i że dajemy z siebie z mężem wszystko, by nasz syn za kilkanaście lat mógł powiedzieć, że miał na prawdę szczęśliwe dzieciństwo.
Jestem człowiekiem. Mam mnóstwo słabości. Z jednymi walczę, z innych się śmieję, a jeszcze inne akceptuję i przyjmuję takimi jakimi są. Nie będę udawać ideału, który cały swój czas poświęca dziecku, robiąc to z po wieki wymalowanym uśmiechem na twarzy, zapominając o samej sobie i własnych potrzebach. Bycie Matką to nie męczeństwo dla idei. To nie bohaterstwo mistycznej heroski, która na pohybel własnemu człowieczeństwu (trochę egoistycznie) najpierw jest inkubatorem, potem otwartą  24 h na dobę mleczarnią, a w końcu kobietą, która pamięta o wszystkim, tylko nie o sobie.Czytelniczko, pozwól sobie na chwileczkę (nawet trochę dłuższą) zapomnienia.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Święte słowa! Tekst rewelacja wiesz właśnie mi uzmysłowiłaś, że tak właśnie jest rodzic kameleon dokładnie tak. Każdy z nas rodziców jest kameleonem chcącym wypaść jak najlepiej w oczach własnego dziecka nie okazując mu słabości i swych niedoskonałości. Gratuluję trafności.

  • Anonimowy

    Jesteś wielka 🙂

  • Anonimowy

    WIELKA to za małe słowo. Dziękuję w NOTE 3 z LOLI POPEM DZIAŁAAAAAAAA!