„W życiu prawdziwego faceta pierwsze 40 lat dzieciństwa jest  najtrudniejsze, potem ponoć jest już z górki”.

Te jakże prawdziwe słowa przeczytałam na facebookowym statusie jednego z moich znajomych. Przecież to najprawdziwsza prawda, pomyślałam i o tym właśnie mój dzisiejszy wpis.
– Aniu to kiedy drugie? – to jedno w moich ulubionych pytań w pracy.
– Chyba trzecie? – odpowiadam bez zastanowienia, ignorując malującą się na twarzy rozmówcy konsternację.
Mąż to przecież drugie dziecko. Trochę duże, bardziej owłosione, ale jednak dziecko.
Sytuacja w hipermarkecie. Wielkie stoisko z klockami Lego. Wybór przeogromny. Półki wypełnione od góry do dołu, różnokolorowymi pudełkami, skrywającymi słodki przedmiot pożądania małych i dużych chłopców. I w jednej chwili widzę, te świecące się oczy mojego ślubnego. Dwie latary skierowane na wspomniane, kolorowe pudełka z serią średniowiecznych zamków.
– Kup mi takie na urodziny! – Zerkam na Jasia, upewniając się czy to aby nie on przemawia do mnie męskim głosem.
– Na prawdę? – Pytam pro forma
– Marzy mi się cały wielki zamek. Będziemy z Jasiem przeprowadzali bitwy i podboje, „zoba” jaki wóz z armatą!!!
Ta z Jasiem – pomyślałam, albo powiedziałam. Już ja znam Sebastianowych Kolegów i wiem, że Jasio byłby ostatnią osobą, która zdołałaby się do takiej zabawy dokopać.
Sobotni obiadek u moich rodziców. Dziadzio już jakiś czas temu zaopatrzył się w pudełko klocków z Boeingiem jakimśtam. Zacny komplet dla większego od Jasia chłopca, dlatego Jasio obdarowywany jest klockami z serii Duplo. Te ostatnie tatuś Jasia uważa za totalną nudę, dlatego bez pardonu upomniał się o rzeczonego Boeinga. Ten sam błysk w oku, te same dwie latary, które z powodzeniem dałyby  radę oświetlić drogę na morzu zbłądzonym żeglarzom. Gdy tylko pudełko trafiło w dłonie napalonego (jak szczerbaty na suchary) na zabawę jego zawartością taty, chłopaka nie było. Szybował w przestworzach, gdzieś pomiędzy światem realnym, a instrukcją składania klockowego nielota.
Dziadek Jasia, mój tata. To najbardziej dobitny przykład, przytoczonej w stopce tezy. Facet można by rzec, z racji wieku dojrzały. Nic bardziej błędnego. Na którąś z minionych gwiazdek otrzymał ode mnie zdalnie sterowany helikopter (tak, tak nie przewidziałyście się). Po pierwsze mąż mój, w tamtym czasie jeszcze mój chłopak, obraził się na mnie, że takiego nie dostał. Po drugie, tata niemal zapowietrzył się z radości. Dziś sprezentowany mojemu tacie helikopter lata pod naszymi sufitami. Mąż koniecznie chciał pożyczyć sobie od teścia, jego wymarzoną zabawkę.
Pamiętam gdy mama mojego męża, na samym początku naszej znajomości opowiadała mi o tym, że zawsze musiała chować przed Sebastianem słodycze i to w przeróżnych, nawet najdziwniejszych miejscach. Garnki, najwyższe półki, piekarnik! żadna z tych kryjówek nie była wystarczająco dobrą by mój małżon nie odnalazł słodkiego skarbu, który skrywała. Po jakimś czasie, wspomniana mama znajdowała w kryjówce wyłącznie papierki po bumelowanych w niej słodkościach. Co gorsza mąż z tego nie wyrósł, a i jego apetyt na słodkości urósł razem z nim.
Poza całą kolekcją plastykowych autek,. rożnokształtnych klocków, misiów i innych Jasiowych szpargałów mamy w domu cały arsenał zabawek dla dużych chłopców. Na podwórku duże brumm brumm (duma i chluba kierowcy), na półkach playstation. tablety, smartphony, soundbary i inne gadżety pieszczotliwie nazywane przeze mnie kurzojadami. Przecież to nic innego jak dorastające razem z mężczyznami zabawki. Szkoda tylko, że to co dorasta, a raczej urasta do granic absurdu to ceny  owych cudeniek, które po kres kresów umilają i umilać będą męską egzystencję.
Chcąc nie chcąc przyszło mi się zmagać z dwójką małych chłopców, dobrze tylko, że ten gabarytowo większy ma już za sobą etap pieluch i zamiast do żłobka jeździ do pracy 🙂

 

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Anonimowy

    Rewelacja. Tekst perełka i tak prawdziwy, że chyba po wydrukowaniu powieszę sobie na lodówce. Kocham Cię i twojego bloga.

  • Kobiety też tak mają. Co najmniej jedna. Ja…