Jego oczy o barwie bliżej niezidentyfikowanej, ni to niebieskie, ni brązowe, wlepione we mnie jak w majestatyczny posąg, wzniesiony ku czci matczynego ideału. Jego gesty utrwalane moimi gestami coraz częściej tworzą wierną, moją kopię. Dlatego muszę uważać. Każdy rodzic musi!!!!

Z dnia na dzień coraz bardziej wiem, że wychowanie nie dotyczy tylko i wyłącznie wychowywania dziecka. Podstawą procesu jest zaduma nad własnymi wadami i słabościami, nad którymi dla dobra naszych pociech trzeba starać się panować.
Wiem, że jestem choleryczką która miewa (a w zasadzie zawsze ma) ogromne trudności z przyznaniem się do własnego błędu. Gdy dzieje się coś nie po mojej myśli, to jest to wina wszystkiego i wszystkich w koło… ZAWSZE. Upuszczę szklankę, winnym jest przyciąganie ziemskie, przecież nie fakt, że jestem pierdołą. Przypalę mleko, które proces roztaczania cuchnącej woni, obwieszcza wulkanem kipiącej cieczy, winnym jest Jasio (czasem mój mąż) bo odwrócił na chwilę mą skupioną na mleku uwagę. Nie kupię ziemniaków po drodze z pracy, bo za dużo mam na głowie, a listy zakupów nie napiszę bo przez Jasia pochowałam wszystkie długopisy (i nie mogę ich odnaleźć). Pękł worek na śmieci, bo gówniany, skończył się keczup, bo mąż zjadł i mogłabym tak wymieniać i wymieniać, lecz to nie przykłady są ważne, a fakt że obserwatorem mych niejednokrotnie histerycznych scen o nic, jest moje dziecko, które pewnego dnia powieli mój tragicznie niewychowawczy schemat zganiania winy na wszystko na co się da. I będzie mnie to wkurzać. A to i tak wierzchołek góry lodowej moich wad, które skumulowane z wadami mojego męża, mogłyby uczynić z Jaśka stąpającego po ziemi potwora.Odkąd Jasio jest na świecie, chcąc nie chcąc musiałam obiektywnie spojrzeć na siebie. W nieco bolesny sposób zdać sobie sprawę, że nie jestem ideałem i za wszelką cenę starać się walczyć ze swoimi największymi wadami, które w procesie opatrzenia się z tematem, mój Jasio przejąłby ode mnie wcześniej czy później. Moje czy męża przywary to tak na prawdę pikuś z przywarami rodziców, z którymi spotykam się na co dzień w żłobku. Aż przykro popatrzyć, a przypadkowy obserwator dochodzi do momentu, w którym nie wie co zrobić, co powiedzieć, bo każda możliwość zareagowania lub braku reakcji jest jednakowoż zła.

Jasio, jak zapewne wiecie uczęszcza do żłobka Państwowego. To co przed posłaniem go tam uważałam za zaletę, z dłuższej perspektywy staje się wadą. Możliwość spotykania dzieci z różnych warstw społecznych jest bardzo wskazana, ale przestaje być przyjemna, gdy mamy do czynienia z marginesem społecznym w pełnym znaczeniu tego określenia. Oczywiście nie mam na myśli maluchów, których przynależność i charakter są dopiero na etapie kształtowania się, ale ich rodziców, którzy śmierdzący jak popielniczka, często na bani przychodzą po pociechy, udając, że nie widzą lub w swej degeneracji faktycznie nie widząc problemu. Pamiętam rozmowę z kierownikiem żłobka (rewelacyjny facet), którego cenię i pochwalam za ogromne zaangażowanie. Opowiadał mi jak pewnego razu rodzice zapomnieli odebrać dziecko ze żłobka (serce się kraje, prawda?). Po kilku, nieudanych próbach kontaktu telefonicznego z rodzicami, kierownik zmuszony był zwrócić się o pomoc do policji (takie są procedury). Kilka dni później ojciec tego dziecka, po pijaku pobił kierownika pod żłobkiem, za to że ten śmiał przerwać mu libację. Zresztą to nie była jedyna tego typu sytuacja.

Mam bardzo dobry kontakt z opiekunkami. Nie żałuję swojego czasu na rozmowy z nimi na tematy Jasia i nie tylko. Jako, że to fajne babki, a ja zgłosiłam się do komitetu rodzicielskiego, nasze rozmowy błądzą na rozliczne tematy. Opowiadają, że rodzice potrafią przyprowadzić tak głodne dziecko, ze niemal rzuca się na jedzenie. Albo tak brudne, np. po weekendzie lub chorobie, że panie zmuszone są dziecko wykąpać 🙁 Zdarzały się przypadki, że dziecko nie miało zmienionej pożłobkowej pieluchy (te w żłobku są podpisywane) do następnego ranka i osrane i przesiusiane z odparzonymi pupami wędrowały w ręce żłobkowych opiekunek. Dzieci śmierdzą jak popielniczki, chodzą w zamałych ciapetkach i poplamionych, niepranych ciuszkach. Zamiast paznokci mają szpony, którymi drapią siebie i inne maluchy. To naprawdę potwornie smutny widok.

Co gorsza, ta całkiem spora grupka rodziców najgłośniej protestuje w sprawie wszelkich zmian. Ich sprzeciw nie jest podyktowany dobrem dzieci, a jedynie własnym widzimisię. 5 zł miesięcznie więcej za pralnie, to dla nich kwota nie do przejścia, ale to samo 5 zł bez mrugnięcia okiem wydają w pobliskiej budce z piwem na alkoholizowany trunek czy kolejną paczkę papierochów, którą codziennie biernie częstują swoje pociechy. Zastanawiam się co wyrośnie z dziecka mającego w domu tak obrzydliwe wzorce? Ojca pijaka, uwędzoną matkę, naprutą babcię czy olewającego wszystko dziadka? Teraz gdy są małe i słodkie jakoś trudno patrzeć mi na nie przez pryzmat przeklinającego jak szewc nastolatka z papierochem w zębach, którego na wszelki wypadek będę omijała szerokim łukiem. Podrostka w bramie, który niczym lustrzane odbicie swojego ojca będzie miał w dupie wszystko i wszystkich. Człowieka widzącego tylko czubek swojego czerwonego od wódy nosa. Oczywiście zdarzają się odstępstwa od tej smutnej reguły, dzieci które w swej wrodzonej przekorze postanawiają przerwać ciąg życiowego marazmu determinowanego działaniami po linii najmniejszego oporu. Dzieci, które poprzez ciężkie doświadczenia obudują się w zbroję i osiągną wszystko czego tylko zapragną. Pomimo wszystko. To właśnie im kibicuję najbardziej i właśnie za nie trzymam kciuki z całej swojej siły.

Nie bez powodu mówi się, że dzieci są odzwierciedleniem swoich domów, miniaturką nas samych. Sprowadzenie na świat (dosłownie) dziecka, to najłatwiejszy etap rodzicielskiej kariery, która toczy się przez całe życie naszego potomka. To my reżyserujemy najważniejsze, początkowe etapy jego egzystencji i to w dużej mierze od nas zależy jak ono samo pokieruje swoim życiem w przyszłości. Dobry, kochający rodzic jest największym autorytetem i wzorem swojego dziecka, dlatego dbajmy o to, aby swoim postępowaniem w pełni zasłużyć na darowany nam skarb w postaci bezgranicznego rozkochania i zaufania naszych pociech.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Ehhhh, smutne ale prawdziwe… Moja mama pracuje w przedszkolu i do dzisiaj wybrzmiewa mi w uszach zdanie jednej mamy która poinformowana o "nieświeżych" rajstopach dziecka z uśmiechem odpowiada "Pani, jak sie wysusy to sie wykrusy" Ręce opadają…

  • uświadomiłaś mi właśnie, że i ja tak samo reaguje na wszystko moje niepowodzenia.. Tyle, że do tej pory nie potrafiłam nawet głośno się przyznać że: Tak, jestem choleryczką! Słusznie zauważyłaś i wiem że bardziej muszę się zacząć pilnować…
    A sprawa tych dzieci.. to bardzo przykre 🙁 bo niczemu winne te maluchy nie są 🙁 ja od dokładnie czterech dni prowadzę 11-miesięcznego synka do państwowego żłobka, ale nie przyszło mi do głowy, że faktycznie może i takie dzieci ma w grupie. Opiekunki podziwiam! Za cierpliwość i wiele innych zalet, bo widzę, że synek je polubił i chętnie każdego rana wyciąga do nich ręce. A jeśli tylko pojawi się temat komitetu rodzicielskiego, przyłączę się z przyjemnością! Dzięki za ten tekst!

  • Smutne i zarazem koszmarnie prawdziwe. Ale najbardziej dałaś mi do myślenia tym co napisałaś o 'histerycznych scenach o nic'. Rzeczywiście uzbierałoby się w ciągu dnia sporo takich reakcji, które obserwują nasze dzieci i niestety się od nas uczą. Muszę na to zwrócić większą uwagę. dzięki 🙂

  • Umarłam 🙁