Mały niesmak pokonkursowy

Bardzo niedawno temu na Facebooku trafiłem na posty, nachalnie nakazujące głosowanie na rodaka, startującego w jakimś międzynarodowym konkursie. Pojęcia nie miałem, kto zacz ani dlaczego to właśnie on powinien wygrać, ale uległem psychozie tłumu i też dałem mu lajka. Wygrał. A ja pozostałem z niesmakiem. Dlaczego?
Krzyżyk w kratce

Ilustracja: bredmaker / sxc.hu

Myślę, że w dziedzinie konkursów, internety mają jeszcze co nieco do nadrobienia. Powtórzył mi się bowiem niesmak, jakiego doznałem po ostatniej edycji konkursu „Blog Roku”. Pod lupę wspaniałego jury trafiały tam blogi, wybrane w „głosowaniu” przez internautów. Idea niby słuszna, ale jeśli przyjrzeć jej się bliżej, to okaże się, że szanse na drugą rundę miały blogi nie tyle najlepsze, ile te, których autorzy i zwolennicy byli w stanie rozmaitymi metodami zebrać najwięcej głosów.

Podobnie było i tutaj. Broń Boże, nie chcę niczego ujmować szanownemu rodakowi. Skoro zakwalifikował się do decydującej rundy, to zapewne coś naprawdę umie – cześć i chwała mu za to. Ale po tym, co widziałem na Facebooku, na jego miejscu dość trudno byłoby mi się cieszyć z wygranej. Bo iluż ludzi zagłosowało na niego nie dlatego, że jest najlepszy, tylko dlatego, że to rodak, a rodaka trzeba popierać i już. Myślę, że w innych krajach, z których pochodzili zawodnicy, było podobnie. Efekt? De facto nie był to konkurs W-Jakiejś-Konkretnej-Dziedzinie, ale rywalizacja mas: ludzie, nie mający pojęcia o tym, który z finalistów rzeczywiście jest najlepszy, głosowali po prostu na swoich.

Wyobraźmy sobie, że wśród nich znalazłby się człowiek, mieszkający w jakimś małym, naprawdę małym kraju. Ot, taki Czech na przykład. Z całą sympatią dla braci Czechów, ale nawet zusammen do kupy ze Słowakami nie zbiorą w razie potrzeby tylu internautów, żeby pokonać Francuza, Niemca czy choćby Polaka. Jest ich po prostu za mało. Wygra więc ktoś inny, nawet, jeśli nasz przykładowy Czech przerastałby go umiejętnościami na głowę jak wirtuoz klezmera. I może nawet będzie świadom, że wygrał nie dzięki swojemu dorobkowi czy umiejętnościom, ale tylko dlatego, że miał za sobą liczebnie większą grupę potencjalnie głosujących.

Konkursy są i będą niedoskonałe, zawsze też znajdą się jacyś niezadowoleni z wyników. Ale, mając do wyboru rozwiązania niedoskonałe i całkiem do d…, zdecydowanie wolałbym jednak, by w prestiżowych konkursach o zwycięstwie od początku decydowało jakieś jury, a nie internetowe masy. Bo choć werdyktowi jury można z reguły zarzucić to i tamto, to jednak przynajmniej wydaje się on mieć więcej wspólnego z oceną dokonań zawodników niż liczba rodaków, których uda się zmobilizować do głosowania.