Staram się nie wnikać w metody wychowawcze innych rodziców i choć staram się bardzo, to wtykanie nosa w nieswoje sprawy nie zawsze mi wychodzi. Sama daleka jestem od ideału. Oj strasznie daleka. Jednak…

Jacho, jako mały Belzebub o twarzy aniołka, potrafi mistrzowsko grywać na mych nerwach, przez co pomimo wszelkich starań, liczeń do miliona i hiperwentylacji, potrafię podnieść na niego głos, choć strasznie się za to nie lubię. Zdarzało mi się niewychowawcze przekupstwo, jestem mistrzynią niebezpiecznego rozpieszczania, ale niech rzuci kamieniem ta, której nie zdarzyły się podobne rodzicielskie grzeszki.  Jak zwykle wstęp przerósł formę, gdyż nie o mnie będzie mój dzisiejszy wpis, a o obserwacjach.

Wybraliśmy się z moją brzydszą połówką do kina. Jako szczęśliwi posiadacze kart unlimited w cinemacity (nie jest to żadne lokowanie produktu) chadzamy do kina regularnie, a nasze filmowe wybory mają szeroki rozstrzał intelektualny. Raz po raz oddajemy się uczcie kinomana przy filmach, których treść, fabuła i cała oprawa artystyczna pozwalają rozpływać się w fotelu, by za chwilę dać się zgwałcić dość sowizdrzalskim komediom, fruwającym flakom w horrorach czy filmom, o których chciałoby się szybko zapomnieć. Tak było i tym razem.

Wybraliśmy się na prostacką komedię

Pod określeniem prostacka, mam na myśli fakt, że fabuła i przebieg akcji kręciły się wokół dup, dragów, alkoholu, cipek, niewyżycia seksualnego i niepohamowanej chuci głównego bohatera, siedemdziesięciodwuletniego wdowca, który ledwie pochowawszy swoją ukochaną żonę, postanowił w jesieni swego żywota po raz ostatni zaszaleć. I to na całego. Całość w mało subtelny sposób ukazuje niezwykle instrumentalne traktowanie kobiet, które w filmie służą prawie wyłącznie zaspokojeniu potrzeb seksualnych. Potrzeby te podsycone niewiarygodną ilością wypalonego cracku, uosabiają mężczyznę (bądź co bądź dojrzałego) jako bezmózgiego Yeti, ze wzbudzoną pałą na wierzchu, która niczym różka radiestety przemieszcza się w kierunku mokrego (wiecie o co chodzi?) :p  W filmie jest seks, jego najbrzydsza forma. W filmie jest nagość, perwersja, wyłuzdanie, przekleństwa, a wszystko okraszone sporym kokatajlem różnorakich narkotyków, dla których film ten jest niemal reklamą.

Film jako komedia, był na prawdę śmieszny, ale to film dla dorosłych, którzy w mniejszym lub większym stopniu wyrobili sobie swój światopogląd na cielesną stronę ludzkiej egzystencji. Tymczasem na seans, mniej więcej w piątej minucie jego trwania, wparowała dwójka na oko dziesięcioletnich szkrabów. Co gorsza, parka ta wparowała na seans z mamuśką i co jeszcze gorsza, pomimo całego arsenału przeciwwskazań (film przeznaczony dla dzieci +15), a także dość kontrowersyjnej treści, mamuśka wraz z dzieciakami bawiła się na całego. Co ta matka miała w głowie? Nawet, jeśli nie pofatygowała się wcześniej, by przeczytać opis filmu, na który postanowiła zabrać swoje dzieci, to chyba zauważyła, że pijacki taniec roznegliżowanego Zacka Efrona, ubranego wyłącznie w pszczołę (a to tylko jeden z wielkiej ilości komediowych smaczków) nie jest czymś co powinny oglądać małe dzieci. A może przesadzam?

Ulubiony obiadek

Podobne pytanie zadaję sobie, widząc kilkumiesięczne niemowlęta karmione w Mc Donalds czy KFC. Pół bidy, gdy maluch przez kilka minut maltretuje jedną frytkę, ale byłam świadkiem sytuacji, w której rodzic częstował roczniaka cheeseburgerem i podawał do popicia colę!!! Zważywszy na to, że nawyki żywieniowe kształtują się w pierwszych 1000 dniach od urodzenia, brzdąc raczony tego typu strawą, raczej nie będzie przepadał za szpinakiem czy brokułami.

Większość rodziców karmi dzieci, a powinni je odżywiać,

to bardzo ważna zasada, gdyż wypełniony brzuszek u dziecka nie jest równoznaczny z jego prawidłowym odżywieniem. Chrupki kukurydziane zamiast obiadu, czy wafelek zamiast kolacji… nie oszukujmy się, lepiej żeby dziecko nie zjadło NIC, zgłodniało do następnego posiłku i przez to pochłonęło go ze smakiem, niż nauczyło się zaspokajać głód pustym substytutem, który wyłącznie mu zaszkodzi. Czy wiecie, że cukier uzależnia? Długotrwałe przyjmowanie „białej trucizny” w przypadku próby pozbycia się uciążliwego sięgania po słodkie przekąski, powoduje objawy odstawienia podobne do tych, które spotykamy w przypadku terapii uzależnień. Nie fundujmy tego swoim dzieciom.

Do części naszych znajomych nie dociera fakt, i prawdę powiedziawszy pewnie uważają nas za dziwaków, że Jasio nie zna smaku chipsów czy popularnych cheetosów. Jedyne chrupki, które jada to domowej roboty chipsy jabłkowe, które dla urozmaicenia przyprawiam mu cynamonem. Nie oznacza to wcale, że odmawiam Jachowi czekolady czy uwielbianych przez niego herbatników, jednak napakowane cukrem przegryzki traktujemy jako dodatek do posiłków, a raczej niewielkie przekąski, a nie podstawę dziennego wyżywienia. Nawet jeśli serwuję synkowi słodkie śniadania czy ukochane naleśniki, to staram się by traktował to jako rarytas, swoiste „święto lasu”, dzięki czemu wychowałam w domu amatora zup, rozkochanego w jabłkach i marchewce chrupacza, który zjada prawie wszystko co tylko podsunę mu pod nosek.

Mam też ochotę poruszyć jeszcze jedną kwestię…

Dziecko w restauracji

Temat ten wraca jak bumerang, ale odnoszę wrażenie, że podnoszące larum mamuśki myślą cyckiem zamiast głową. Nie rozumiem jak można nie rozumieć (masło maślane) faktu, że dla większości normalnych osób, wspólne wyjście do restauracji to kontemplacja siebie nawzajem, spokojne tête-à-tête, często stanowiące oderwanie od domowych obowiązków, które faktycznie mogą toczyć się wokół rozwrzeszczanych dzieciaków, od których zarówno myśli jak i ciało narkotycznie chciałoby odpocząć. A tu nie! Nie da się, gdyż informacja o restauracji z „zakazem wstępu dla małych dzieci” budzi powszechny niesmak i oburzenie. Dlaczego? Przecież tego typu miejsca nie wykluczają istnienia takich, które przygotowane na wizytę maluchów, zaopatrzone w przewijaki i inne udogodnienia, rozwiązują problem przewijania dziecka na stole (pomiędzy pomidorówką, a kotletem mielonym) lub na kolanach w dość niehigienicznej toalecie użyteczności publicznej. Tego typu kawiarnie czy restauracje mogą oferować specjalnie skomponowane dla dzieci menu, a także nieskończoną liczbę ciekawych atrakcji, które zarówno maluchom jak i ich rodzicom pozwolą na nietuzinkowe spędzenie wspólnego czasu.

 

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.