Poznałam Go gdy miałam 4 może 5 lat. Miał na imię Karol i był małym chłopcem, który pewnego dnia został przyprowadzony do naszego przedszkola przez przejętą nową sytuacją mamę. Bywał hałaśliwy, złośliwy i potrafił całkiem porządnie przyłożyć, za co obrywał burę od cioć przedszkolanek. Zresztą jak każde inne dziecko, które zachowywało się źle i nieodpowiednio.

Był jak każdy inny dzieciak w tamtym czasie. Lubił auta, czasem marudził przy obiedzie i rzucał piachem w inne dzieci podczas zabaw w piaskownicy. Pamiętam dzień, w którym usłyszałam w szatni rozmowę mam moich koleżanek.
– On nie może chodzić z naszymi dziećmi. Jest niebezpieczny i okropny!!! To świr!!!
– Jak to świr? Co oznacza bycie świrem? – pomyślałam. Zgodnie z własną wizją dziecięcego świata w owym czasie, świrem był dla mnie pan, który pokazywał swoją „glizdę” za drzewem w parku (pierwsze me, traumatyczne spotkanie z onanistą). Świrem był dla mnie sąsiad, który pewnego dnia bił patelnią swoją żonę, że ta półnaga uciekła na nasze piętro z płaczem szukając pomocy. Świrem był wreszcie chłopak z podwórka, który nosił worek przy nosie i pod wpływem wdychanej z niego substancji wyskoczył z okna (z trzeciego piętra) i ubrudził krwią cały chodnik. Przeżył i po wszystkim dalej wąchał ów worek, aż pewnego dnia umarł. Karol był chłopcem, bywał upierdliwy, męczący, ale umówmy się podsłuchane w szatni matki, w tak pogardliwy sposób wypowiadały się o pięciolatku.Dziwiłam się, że wzbudzał tyle emocji wśród rodziców dzieci z mojej grupy. Smuciłam się, gdy odtrącony przez rówieśników, samotnie siadywał w kącie, trzymając w ręku swój ulubiony, niebieski samochód. Nie rozumiałam dlaczego pewni rodzice nie pozwalają bawić się z chłopcem, podczas gdy garstka z nich (między innymi moi) nie miała nic przeciwko temu. Karol miał dwie nogi, dwie ręce, krótko obcięte włosy na jeża, był troszkę pulchny i w zasadzie nie wyróżniało go nic, oprócz troszkę nietypowej urody. 

Zakumplowaliśmy się. W naszej paczce było jeszcze kilka dzieciaków, które tak jak ja nie miały odgórnego zakazu zabawy z chłopcem. Owszem ciężko było się z nim dogadać, bo mówił niewyraźnie i często nie znajdował słów, ale w tamtym czasie nie stanowiło to dla mnie najmniejszego problemu. Ganialiśmy się, bawiliśmy w chowanego, wydłubywaliśmy z fug przetartego od zabaw na kolanach parkietu pogubione, mikroskopijne koraliki i śmialiśmy się z wymyślanych w gronie rymowanek z cyklu „ciocia Dorotka to stokrotka”.

Czasy przedszkola mijały bardzo szybko. Z dnia na dzień dorastaliśmy, a ciepłe i sentymentalne mury musieliśmy zamienić na szkołę. Nasze drogi na krótko się rozeszły, by pewnego dnia ponownie się spotkać na korytarzu przy szkolnej bibliotece. To co działo się później jest dla mnie niepojęte i nieraz pytałam samą siebie „dlaczego w ludziach jest tyle złej woli, tyle zawiści i tyle niepohamowanego zła”? Biedny Karol, objęty programem nauczania indywidualnego, stał się workiem treningowym dorastającej w podstawówce młodzieży. Pomimo wielokrotnych ingerencji grona pedagogicznego, codziennie otrzymywał od rówieśników manto pod szkołą, oblewano Go wodą, przewracano i tarzano w błocie, topiono w ubikacji Jego zeszyty i książki, zabierano śniadanie, popychano na schodach, wyzywano, poniżano i stopniowo pozbawiano i tak już kulejącej godności. Obdarty z jej resztek, bał się chodzić po korytarzach, unikał bezlitosnych oprawców jak ognia. Tamci cierpliwie czyhali, by pewnego dnia dopaść go wreszcie, dokonując ostatecznego linczu za jego „odmienność”. Dorwali go w ubikacji podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych. Pamiętam jak ze łzami w oczach, nieświadom własnego poniżenia, półnagi gonił po korytarzu idiotów, którzy porwali mu spodnie i bieliznę. Pamiętam śmiech tłumu, który szykanował, wytykał palcami i drwił z niewinnej ofiary, nakręcając zwyrodnialców do dalszych, coraz bardziej okrutnych praktyk. „Obsraniec” – krzyczeli, „Debil, Debil!!!!”, „Ale masz małego ptaka, wiesz do czego służy? I tak ci nie potrzebny, i tak go nie użyjesz, kto by chciał taką paskudę?”, „Powinni Cię uśpić” – dodał jakiś „mądrala” z drugiej strony korytarza. Samonakręcająca się machina każdym okrutnym słowem obdzierała go z człowieczeństwa. Doprowadzony do ostateczności, zaczął rzucać się na wszystkich jak zwierzę, okładał pięściami, krzyczał całkowicie tracąc nad sobą kontrolę. Najbardziej nie mogę wybaczyć sobie swojej bezsilności. Strach, behawioralny tłum i nakręcone do granic niemożliwości towarzystwo uniemożliwiło mi zdolność konstruktywnego myślenia, zwłaszcza że w tamtym czasie sama bywałam jego ofiarą z powodu założonego na łuki zębowe aparatu ortodontycznego.

Tamtego dnia Karol po raz ostatni pojawił się w szkole. Jego dzielną matkę, która porzucona przez ojca swojego dziecka, całe życie zmagała się z jego chorobą w pojedynkę, owego dnia brutalnie pozbawiono resztek nadziei. Nadziei, którą starała się żyć od pierwszych chwil swojego syna. Nadziei, która naiwnie pozwalała jej wierzyć w normalność dla swojego dziecka. Co gorsza, normalności tej nie pozbawiła go choroba, tylko ludzie, którzy bez zastanowienia wytykali go palcami, wyśmiewali, a Jego matkę nazywali wariatką, bo chciała dla niego szczęśliwego życia.

Widywałam Go czasem w sklepie, jak kupował sobie gazety o motoryzacji. Jeździł na rowerze, żuł gumy do żucia, uwielbiał gry komputerowe i czasem, wraz ze swoją dzielną mamą przychodzili na lody do kawiarni mojej matuli. Z podziwem i niedowierzaniem obserwowałam jak potrafi czytać, bezbłędnie odlicza pieniądze na uwielbianą coca – colę, opowiada dowcipy i flirtuje z kelnerkami. Karol miał dwie nogi, dwie ręce, krótko obcięte włosy na jeża, był
troszkę pulchny i w zasadzie nie wyróżniało go nic, oprócz troszkę
nietypowej urody.

Karol ma Zespół Downa i bez najmniejszych trudności pokonuje przeszkody codzienności, która to stawia na jego drodze coraz większe wyzwania. Jedną z przeszkód nie do pokonania dla Niego, są uprzedzenia, brak tolerancji i strach ludzi przed jego odmiennością, która uniemożliwia mu życie w jego własnej normalności, która mogłaby być wspólną normalnością, gdyby nie ludzie skupiający się wyłącznie na ludzkiej powierzchowności.

http://madrzy-rodzice.pl/2015/07/blogowyczwartek-tekst-kwartalu-22015-2/

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Niestety, ludzie potrafią być bardzo okrutni 🙁

  • Piękny tekst…

  • Anonimowy

    tak, ludzie potrafią być okrutni. daleko nie trzeba szukać, powiedzmy 2 tyg temu wracałam ze sklepu, słyszę jakiś płacz chyba, nic nie widzę, ludzie gdzieś się patrzą, przechodzę dalej, do siedzącego, chlipiącego chłopaka podchodzi starsza pani, myślę podejdę i ja. Chłopak powiedzmy nastolatek 16-19 lat z zespołem downa, siedział i płakał bo ktoś potrącił go rowerem. Zadzwoniłam po rodziców, czekając z nim podprowadziłam na ławkę w cieniu a żul siedzący na niej mówi, że widział jak jakiś młody chłopak na rowerze gonił tego biednego chłopca z downem tylko po to żeby zrobić mu krzywdę, poturbować po czym odwrócić się i odjechać! Byłam wściekła, ale co mogłam zrobić?….

  • Bardzo smutne! Bardzo :(((

  • Strasznie to przykre 🙁 Dzieciaki potrafią być okrutne i mają silną potrzebę przynależności, wystarczy jeden prowodyr z dominującą osobowością i już reszta grupy albo dołącza do niego albo boi się odezwać… A ofiara pozostaje sama… Nie komentuję zachowania pedagogów…

    • Dzieci same z siebie okrutne nie są 🙂 skądś muszą brać wzorce – dom, często telewizja, szkoła, podwórko… Same z siebie nie są złe…

  • Anonimowy

    Weźcie pod uwagę to, że często dzieci które krzywdzą – same są krzywdzone i poniżane…

  • Anonimowy

    Weźcie pod uwagę to, że często dzieci które krzywdzą – same są krzywdzone i poniżane…

  • Szkoda, ze Karol nie mogl dokonczyc szkoly i ze jego dzielna mame pozbawiono resztek nadziei. Szkoda … Pozdrawiam serdecznie Beata

  • Anonimowy

    Tego się boję. Jestem właśnie taką mamą, mamą, nie Karola a Oliwiera. Wychowana w szacunku do wszelkich "inności" , w przedszkolu posiadałam niepełnosprawne koleżanki, mieszkam w mieście gdzie jest mnóstwo niepełnosprawnych przyjeżdżających z różnych stron kraju na turnusy. Wydaje się,że tolerancja "poszła na przód ", a co chwilę słyszy się że dzieci są okrutne. Ja okrutna nie byłam i nie jestem. Dobre wychowanie, uświadamianie dziecku czym wyrządza krzywdę, trzymanie pieczy, mówienie jak bardzo się kocha i nie będzie takich przypadków, takich reakcji na niepełnosprawność. Dlaczego mam bać się całe życie o moje dziecko? Uważać bardziej niż na zdrowe,bardziej uświadamiać co mu grozi? Dlaczego poza jego dolegliwościami zdrowotnymi, poza wyobcowaniem w niektórych środowiskach czeka go jeszcze ból psychiczny i fizyczny? Czy to nie taki sam człowiek? Dlaczego mam brać pod uwagę,że dziecko które krzywdzi moje dziecko może być samo poniżane i krzywdzone? Skąd mam brać siłę,żeby dać mojemu dziecku to co matka "zdrowego" dziecka i jeszcze dać świadomość że życie i ludzie nie są źli?
    A jednak mimo strachu i przeciwnościom musimy dać radę!

    • Życzę powodzenia z całego serca. Ludzie nie rozumieją, nie wiedzą, ale wysmiewaja. Robi straszne rzeczy a w niedzielę biegną na mszę świętą do Kościoła. Taka Polska katolicka.

  • Może mój głos będzie trochę inny… I może spotkam się z bardzo nieprzychylną na niego reakcją… Ale na wstępie się wytłumaczę: mój kuzyn chorował na zespół Downa i rodzice zdecydowali się oddać go do szkoły specjalnej. Nie zgłupiał tam, nic mu się nie stało. Miał mnóstwo zajęć, w czasie których tłumaczono mu, że nie jest gorszy, a jedynie chory; że nie jest głupi, a jedynie chory – itd. Żył krótko, ale szczęśliwie – już po skończeniu szkoły. Natomiast ja w liceum dostałam do klasy chłopaka opóźnionego w rozwoju. Nigdy nie powiedziano nam, na co choruje – nie dało się jednak nikomu wmówić, że wszystko jest okej. Nie, nie "dokuczaliśmy" mu, nie znęcaliśmy się. Ale to była najbardziej gówniana sprawa, kiedy musieliśmy udawać, że jest taki jak my. Nie, nie jest. Tak jak i nie był mój kuzyn. Potrzebował więcej czasu na zrozumienie, na wypowiedzi – w tym także szkolne odpowiedzi!!! Nie był głupi, miał wiedzę, ale ani my, ani nauczyciele, nie mogliśmy mu dać tyle czasu, ile potrzebował – uczyliśmy się do matury. Poza tym, jak udawać, że jest taki jak my, kiedy – prosto po meeega mądrej wypowiedzi np. z dziedziny historii (bo w tym był naprawdę mocny), mówił do nas, że jest Mesjaszem? No właśnie.
    Chorzy nie są gorsi. Ale potrzebują specjalnego miejsca, w którym będzie wyspecjalizowana w opiece nad nimi kadra. Żeby i oni, i inni nauczyli się z nimi żyć. Klasy integracyjne to dla mnie strasznie głupi pomysł. Mój brat był w takiej, bo miał padaczkę. Oprócz kilku ataków (w szkole raczej nie zdarzały mu się te poważniejsze), naprawdę niczym nie wyróżniał się od zdrowych uczniów. A w swojej klasie miał właśnie chłopaka z downem, dziewczynę niesłyszącą, dziewczynę opóźnioną na tyle, że wkładała sobie długopisy w majtki, będąc w czwartej klasie… i zdrowe dzieci. Ale moi rodzice nie mieli na to wpływu, w której klasie znajduje się ich syn, bo żeby otworzyć oddział integracyjny, potrzebowano wtedy 15 os. Mój brat miał przerypane, bo miał orzeczenie. A co tu dopiero mówić o zdrowych, niegłupich dzieciakach, które chciałyby być z materiałem na tym samym poziomie co klasa równoległa. Nigdy nie byli.

    • Anonimowy

      Tak, trudno się nie zgodzić z tym punktem widzenia. A no właśnie, nie są to proste sprawy – o jednostronnej opinii…. Ale o jednym trzeba tylko pamiętać, aby nie utrudniać i nie czynić innym życia jeszcze trudniejszym i tyle… a jednak dla niektórych to straaaaasznie dużo.

  • Mocny tekst, mocna historia. Sam zastanawiam się nad światem i nad ludźmi dlaczego tak muszą… Tak na prawdę przecież nie muszą. Mojej córci (7 lat) i każdemu gdy tylko nadarzy się okazja, a pracuję z dziećmi więc się nadarza, powtarzam, że nim coś zrobisz – POMYŚL i POSTAW SIEBIE NA TAMTYM JEGO/ JEJ MIEJSCU, ZASTANÓW SIĘ JAK TY BYŚ SIĘ CZUŁ? Tylko tyle wystarczy! Świat byłby lepszy gdybyśmy bardziej odczuwali to co dookoła nas. Pozdrawiam

  • Bardzo mocne, ludzie sa okrótni, dokad ten swiat zmierza, dookoła tylko zło:( mam troche inny punkt widzenia, ale w pewniej czesci napewno sie zgadzam z toba.

  • Jak to czytałem to mi się przypomniał "Monster" coś było w Johanie coś takiego dziwnego co też odczuwałem czytając twój tekst

  • Bardzo dobry tekst, aż zakręciła mi się łza w oku. Jako dziecko wychowywałam się z różnymi dziećmi bo moja babcia do której często jeździłam zajmowała się nauczaniem specjalnym, więc dzieci z różnymi schorzeniami psychicznymi czy fizycznymi nie były dla mnie inne, akceptowałam je bo moja babcia to robiła. Uważam że przykład idzie z góry, To rodzice pozwalają dzieciom na takie zachowania, to rodzice uważają że to szkoła wychowa za nich dzieci. Tym czasem potem to właśnie tak wygląda. Ludzie są okrutni w stosunku do siebie na wzajem bez żadnego powodu, a jak jest powód według nich ( choroba, rasa, odmienna orientacja seksualna) to jest to jakoś dziwnie akceptowane przez większość, zauważyłaś że często tak jest? Ja jestem sama świadkiem takich zachowań i byłam. Strach rodziców jak by dziecko z zespołem Downa zarażało, ten strach, pogarda przechodzi na dzieci, bo są naszym odbiciem. Bardzo bardzo smutne….Piękny tekst, pozdrawiam cię serdecznie, oby więcej takich mądrych kobiet w blogosferze.

  • Smutna historia :c

  • Bardzo ładny tekst 🙂

  • uczmy dzieci tolerancji… albo inaczej – uczmy się tolerancji od naszych dzieci.

  • Wzruszyłam się czytając ten tekst. Ludzie potrafią być naprawdę okrutni. Młodzież także. Na podstawie Twojego tekstu widać, że nietolerancji uczą zwłaszcza rodzice. Aż się boję co będzie jak Calineczka pójdzie do szkoły..

    • Mam nadzieję i życzę Wam, aby Calineczka trafiła na takich ludzi jak ja czy moi bliscy 🙂

    • Dziękuję 😉

  • To smutne i to prawda , że dzieci potrafią być bezwzględne i okrutne ,ale uczą się tego od nas dorosłych . To jak reagują nasze dzieci na inność w dużej mierze zależy od nas.To my dorośli dajemy im przykład. To smutne .Jednak pocieszające jest to ,ze nie wszyscy są tacy .

  • Ludze potrafią być okrutni…..smutne.

  • Luk

    Bardzo ciekawie opisana historia 🙂 Dla mnie winowajcą, a właściwie winowajczynią cierpień Karola była jego matka. To ona zgotowała mu to piekło. Tak trudno się domyśleć, co chłopaka z Zespołem Downa spotka w szkole ze strony innych dzieci? To są DZIECI, a nie dorośli. Dzieci dopiero uczą się okazywać empatię i zrozumienie. Co poniektórzy chyba zapomnieli, że w szkole na korytarzach i poza budynkiem decyduje prawo dżungli. Wygrywa silniejszy i dzieciom jest bardzo trudno stanąć w obronie słabszego.