Myślałam, że będzie to kolejny długi weekend w mieście. Prawdę powiedziawszy, nigdy nie rozumiałam majówkowego szaleństwa z grillowaniem, ogniskami i wypadami za miasto. Na studiach, długi weekend był okazją by wreszcie się wyspać, a wcześniej? Wcześniej, to były zwyczajne, wolne dni, które spędzałam albo z rodzicami, albo w gronie najbliższych przyjaciół na słodkim nic nie robieniu.
W tym roku mąż postanowił, że będzie inaczej. Okazało się, że drzemie w nim miłość do podróżowania, o której co prawda wspominał, ale zagłuszona szarą codziennością, uśpiona nie dawała o sobie znać już od dłuższego czasu. W sobotę, bez skrupułów obudził mnie rano (Jaś dawno urzędował z tatą po domu) i oznajmił z uśmiechem na twarzy, że wyjeżdżamy do Berlina do jednego z największych na świecie zoo.
Spodziewałam się, że będzie cudownie, ale rzadko kiedy rzeczywistość przerasta moje wybujałe wyobrażenia. Zoo jest przepiękne, a zamieszkujące je zwierzaki trafiły do istnego raju na ziemi. Aż miło oglądać zadowolone mordki mieszkańców tego zoologicznego azylu, który zaprzecza powszechnej opinii, jakoby zoo było dla zwierząt więzieniem. Oczywiście, nic nie zastąpi im wolności, ale berlińskie zoo traktuje swoich podopiecznych z należytym szacunkiem i to widać, gdyż zamieszkujące je zwierzątka wyglądają na prawdziwie zadowolone, ba szczęśliwe. Szkoda tylko, że odwiedzający je ludzie są tak lekkomyślni (żeby nie napisać głupi) i pomimo wszechobecnych próśb o nieużywaniu flesza podczas robienia zdjęć, utrudniają im tą beztroską egzystencję, wywołując u nich stres i otępienie, co widać zwłaszcza podczas odwiedzania kotów drapieżnych.

 

 

Zgodnie z oczekiwaniami, największą popularnością cieszyły się drapieżne koty, które swym majestatycznym pięknem, aż zapierały dech w piersiach. Dzięki oryginalnej konstrukcji tygrysiego wybiegu, można było spotkać się z tygrysem oko w oko, co uwierzcie mi wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Dzikość w zasięgu dłoni, ograniczona jedynie niewidoczną, ale jakże bezpieczną warstwą zbrojonego szkła. Bez niego nie miała bym z „kicią” najmniejszych szans. Coś niesamowitego.

 

 

Słonie, jedne z najinteligentniejszych ssaków lądowych. Piękne, ogromne, nie mogłam się na nie napatrzyć. Na zdjęciu powyżej widać młode słoniątko (maleńką słoniczkę), które wzruszyło mnie do łez. Tak małe, tak bezbronne, a jego widok uświadomił mi, że w całym świecie natury dziecko jest tylko dzieckiem, bytem całkowicie uzależnionym od swoich rodziców, a mama jest gwarantem całkowitego bezpieczeństwa, które pośród otaczającej nas rzeczywistości, jest jedynym niezaprzeczalnym, ziemskim azylem.

Zdjęcie z cyklu, znajdź kozę w ciągu 10 sekund :p

 

Żyrafy. Zdjęcie powyżej przedstawia wejście, do „żyrafiego domu”. Zwierzęce domy w berlińskim zoo, to niemal luksusowe wille. Serce rośnie patrząc na zagwarantowane zwierzętom warunki.

 

Tamtejsze małpy. Każda z nich zaopatrzona w ukochany biały kocyk, którym okrywały się, kładły się na nim oraz nosiły ze sobą wszędzie gdzie tylko się da. To niesamowite jak bardzo są podobne do ludzi, to znak, Darwin się nie mylił.

 

Zdjęcie przedstawia stanowisko przygotowawcze małpiego obiadu. Zwróćcie uwagę, jak czysto i jak zdrowo odżywiane są tamtejsze zwierzątka.

Pawiany i pawianowa mama z noworodkiem. Niesamowicie wzruszający obrazek matki okazującej czułość swemu maleństwu.

 

 

 

 

 

Chyba nie muszę wspominać, że Jaś pomimo krótkiej drzemki, był zachwycony. Tyle zwierząt, tyle atrakcji… oj podobało się.

 

 

 

Foczki, które można było podglądnąć w ich podwodnym świecie. Są ta słodkie, brak słów…

Ale i tak, pomimo wszystkich powyższych atrakcji, najbardziej oczekiwaliśmy domku pingwinów.

 

 

 

Pingwinki, mistrzami dynamiki nie są, ale są tak słodkie, że nie można się na nie naparzyć.

 

Narodowa potrawa, niby zwykła kiełbaska, a jednak całkiem niezwykła.

 

 

Tamtejsze akwarium, jednym słowem WOW!!!!!

 

 

 

 

 

Jaś i tata zachwyceni 🙂 Mama zresztą też…

Wyprawa pomimo pokonanych kilometrów, zmęczenia i obtarć na stopach była niezapomnianą i cieszę, się że tatuś Sebastian zafundował nam niezapomniane wrażenia, które swą urodą, wyryły w naszej pamięci pomnik, a nawet jeśli nie, to mamy setki pięknych zdjęć, które pozwolą nam przybliżyć te kolorowe i przepiękne chwile.

Tatku, dziękujemy!!!!

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Anonimowy

    To skoro macie takie zapędy do podróżowania to następnym razem widzimy się u nas 🙂
    Norwegia czeka na Was 😀

    • Bierzemy to pod uwagę :p Aniu i na pewno się u Was zjawimy :))))

  • Świetna wyprawa, cudne zdjęcia 🙂

  • Super 🙂 pozazdrościć wycieczki,musze koniecznie się kiedyś wybrać 🙂

  • Uwielbiam wycieczki do zoo! Na zdjęciach zdecydowanie za mało niedźwiadków… Chyba że tamtejsze są jakieś leniwe i nie robią nic zabawnego, bo większość zwykle powala swoim zachowaniem 🙂

    • Niedźwiadki były nieśmiałe, może zmęczone, poza tym zoo jest tak ogromne, że pomimo całego dnia spędzonego na oglądaniu i to naprawdę na pełnym gazie, odnoszę wrażenie że nie dotarliśmy wszędzie gdzie można było dotrzeć.