Obłuda czy hipokryzja to jedne z najbardziej znienawidzonych cech ludzkiego charakteru. Jednocześnie szczerość i walenie prosto z mostu, uchodzi za towarzyskie faux pas. Co gorsza, nie wiadomo którą postawę reprezentować, gdyż nierzadko jest to wybór pomiędzy większym i mniejszym złem.

 

Przykład zaczerpnięty z życia. Wybrałam się z koleżanką po sukienkę. Występowałam w roli doradzającej. Koleżanka ma trudną figurę przez co niełatwo znaleźć dla niej coś w czym nie tylko czułaby się dobrze, ale przede wszystkim tak wyglądała. Wchodzimy do 45 sklepu i nagle Eureka, oczom „psiapsióły” ukazuje się ona. Piękna, kwiecista, falbaniasta, tiulowa kieca o niebezpiecznej dla niej długości do pół uda. Kieca, która w samym założeniu nadaje się wyłącznie na kibić rozmiaru szczypiorka. Zerkam w bok na koleżankę, która na widok kawałka tekstylia przypomina napalonego buhaja, którego chuć pozbawiła ostatniej, żywej, szarej komórki.
– Przymierzam! – słyszę drżący z podniecenia głos koleżanki i wiem, że mam, a raczej już za chwilę będę miała wielki problem.
Kilka długich chwil w przymierzalni. Bezkrytyczna podróż po rozmiarach optymistycznie rozpoczynająca się od rozmiaru M (nie zdradzę jej końca), kilka niebezpiecznie brzmiących trzaśnięć szwów, podłużne wdechy, kończące się parskliwym „nie zapnę, wymień mi na rozmiar większy”i oto jest… moja parówka kochana, na której nawet kilka plisek na dekolcie przestało być pliskami. Ona, cała zakochana, ja przecieram oczy ze zdumienia. Raz po raz zerkam na nią i w odbicie w lustrze, czy aby na pewno widzimy to samo. Tyle nasłuchałam się na temat tricków w sklepach odzieżowych. O montowaniu krzywych luster, które w oka mgnieniu zamieniają oglądającego się w smukłą słomkę. Może to jedno z nich? Nieeeeeee, widzimy to samo. Czyli to bidulce pomieszały się zmysły…
– Zobacz jaka piękna – tańczy w kółeczko, wprawiając w falisty ruch ogromną ilość tiulowych falban. Wygląda jak beza na karuzeli, albo jak nawijana na patyk, kolorowa wata cukrowa. Nosz kuźwa zachwycająco (ironia).
– Ania aaa, piękna prawda? – to właśnie tego pytania bałam się najbardziej. Co mam powiedzieć? Prawdę? Prawda zawali świat tej, którą kocham jak siostrę. Prawda zaboli jak cios wymierzony wprost w pulchny, rozpalony policzek. Z drugiej strony to co widzę ja (bezę w polewie lukrowej), zauważą też inni i pewnie będzie wśród innych osoba, która z największą przyjemnością uświadomi moją koleżankę i to w najmniej delikatny z możliwych sposobów.
Sytuacja u mojej jedynej w swoim rodzaju babci. Babcia zawsze podaje do obiadu niedogotowane, niedbale pogniecione ziemniaki. Nie ma nic gorszego niż to połączenie (nie próbujcie tego w domu). Tak więc siedzimy sobie u babci na obiadku i mamy przed sobą na talerzach tego kurczaka w majeranku i marchewkę duszoną na masełku. Wtem, obok owej marchwi i kawałka drobiu pojawia się niejednorodna, różnokształtna masa z niedogniecionymi, niemal surowymi kawałkami ziemniaczanych kadłubków.
– Jedzcie, jedzcie, Aniu dołóż sobie ziemniaczków, tak mało zjadłaś.
I co mam odpowiedzieć? ” Nie babciu nie chcę ziemniaków bo są twarde i ohydne, następnym razem pogotuj je trochę dłużej, wtedy będą zjadliwe”. Przecież wiadomo to babcia… będzie jej smutno, będzie roztrząsać, marudzić i nie spać nocami. A może wbrew samej sobie nałożyć i przełykać, walcząc w każdym kęsie, by nie puścić pawia na babciny obrus?
Znajomi wrzucają zdjęcie swojego, pierworodnego malucha. Z monitora zerka na mnie urocza, roześmiana, umorusana czekoladką mordka kilkulatka, który ku wielkiej radości swoich rodziców za bardzo lubi jeść (co widać). Pod zdjęciem kilkanaście słodkopierdzących komentarzy o rzekomej słodkości i cudności pulchnego smyka. W rzeczywistości na usta (czy też palce) każdego z nich, aż cisną się słowa prawdy, które każdy ze słodkopierdzących chciałby, a nie potrafi powiedzieć (napisać). A może gdyby ktoś z bliskich znajomych przemówił rodzicom do rozsądku, oszczędziłoby to dziecku traumatycznych przeżyć w szkole, kiedy to rówieśnicy z natury rzeczy nie będą owijać w bawełnę? Może po chwilowym zapowietrzeniu się matki, przemyślałaby sprawę i wzięła ją w swoje ręce, gdy jeszcze nie jest na nią za późno. A może dla własnego spokoju i w trosce o znajomość lepiej to przemilczeć?
Mówienie prawdy zbyt często mylone jest z wtrącaniem się w nie swoje sprawy. Urażona ambicja boli i w całości zwraca się przeciwko osobie, która miała odwagę wyjść przed szereg. Jestem zdania, że to nie prawda, a sposób jej przekazywania rodzi konflikty interpersonalne, które prowadzą do głęboko skrywanych waśni i nieporozumień. Nikt normalny, nie przyjmuje krytyki mimochodem. Nikt normalny też, nie przechodzi z krytyką do dnia codziennego. Jednak, może po wstępnym przetrawieniu zapodanych mu informacji, gdzieś w głębi siebie samego przyzna rację, przejrzy na oczy i zrozumie, że nie zawsze różnica zdania jest próbą narzucania swojej racji. Dlatego tak ważna jest forma wyrażania kontrowersyjnej opinii. Niestety w dzisiejszych czasach zatarła się granica pomiędzy złośliwością, a konstruktywną krytyką, stąd większość odgórnie obiera postawę odpierania zadawanych ciosów, na zasadzie oko za oko. Każde odstępstwo od zdania większości traktowane jest jako atak na preferowane przez nią wartości, światopogląd i sposób pojmowania rzeczywistości. Najgorzej mają osoby mojego pokroju, które szczerość cenią sobie najbardziej na świecie, dlatego bez owijania w bawełnę mówią komuś to co myślą (z małymi wyjątkami). Oczywiście staram się wyrażać swoje zdanie w sposób delikatny i kulturalny, ale to tak na prawdę nic nie zmienia. I tak ja jestem tą złą, bo powiedziałam prosto w „gały”, a przecież bardziej stosowne jest obrobić komuś tyłek za plecami. Jemu samemu natomiast, powiedzieć, że wszystko jest cacy.
Co o tym sądzicie? Jaką grupę reprezentujecie? Preferujecie szczerość czy zasadę mówienia każdemu tego co chce usłyszeć? I najważniejsze, wolicie gorzką prawdę czy najsłodsze kłamstwo?

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Walę prosto z mostu 🙂

  • Anonimowy

    Owijam w bibułkę, by nie bolało…:(. Obłuda?….

    • Jeśli bibułka zmierza do prawdy, to absolutnie nie jesteś obłudna.

  • Od tego jest dyplomacja. Prawde mozna powiedziec na rozne sposoby. Ja jestem do bolu szczera i wszyscy o tym wiedza. Jednak jeszcze nikogo nie obrazilam i nikt sie na mnie nie obrazil za to co mowie. Nie zawsze jest ludziom w smak to co slysza. Ale trudno: pytales mnie o zdanie to je respektuj. Ja lubie chodzic z moja kuzynka na zakupy. Doradzamy sobie. Czasem to doradzanie to gotujaca sie dyskusja, ale nigdy nie konczy sie zloscia na siebie. Poza tym fakt, ze ktos tobie lub ty komus doradzasz, nie znaczy, ze trzeba sie podporzadkowac. Mowisz swoje zdanie i tyle. A co do babci, to moze warto babci pomoc gotowac kartofle 🙂 .
    Naprawde, jak sie chce to mozna. Sa tylko zasady dobrego tonu, ktorych trzeba przestrzegac.

  • Niech to będzie prawda, ale wypowiedziana w taki sposób by nikogo nie urazić i nikomu przykrości nie zrobić… (aczkolwiek bywa trudno) 🙂

    http://www.MartynaG.pl