Na nic w rozwoju mojego dziecka nie czekam tak bardzo, jak na wspólne pogawędki. Z zazdrością, słucham i czytam opowieści koleżanek, które z dumą prezentują językowe popisy elokwencji swoich pociech. Moje dziecię włada językiem na tyleż osobliwym (i wiem, że zrozumieją mnie wszystkie mamy Jasiowych rówieśników), że aż nie mogłam się powstrzymać by o tym nie napisać.


Jasio gada dużo, głośno, być może też na temat, ale język którym operuje choć uroczy jest dla mnie czymś  całkiem niezrozumiałym. Nie wiem jak możliwymi są zapewnienia uczonych podręczników o rzekomym, niewerbalnym porozumiewaniu się dziecka z matką. Owszem są w języku mego Jaśka określania wystarczająca zrozumiałe, bym bez trudu kumała o co małemu „kaman”, ale cała reszta urokliwego eeee, nuno, eeeeeoooo, kakaka itp. to dla mnie totalna czarna magia.

Od samego rana, gdy tylko truteń otworzy swe znużone snem powieki, witają mnie przeurocze dźwięki wydobywające się z jego łóżeczka. Gdy tylko urokliwość, ustępuje miejsca zniecierpliwieniu, moje dziecko bez pardonu wydaje z siebie dość dobitne „Eeeeeeee” i bynajmniej nie jest to bek, płacz czy jakakolwiek forma rozpaczy, a coś w rodzaju „eeee matka zapitalaj do łóżeczka, królewicz wstał!” I tak na „Eeeeee” ja biedna matka, lecę do łóżeczka rzeczonego trutnia i spełniam wszystkie poranne powinności, które pozwolą zaliczyć Jaśkowy poranek do udanych. Zmiana pieluchy i jego niewinne „da” w kierunku moich pięknie prezentujących się, markowych flakonów z drogocenną zawartością i lamentujące „łeeeeeee” gdy tylko „da” spotka się z mym sprzeciwem. Po chwili „słownych” przekomarzanek, jako żem uparta jak baran (bo spod barana), Jan daje za wygraną i znajduję sobie nowy obiekt swego niewinnego „dadania”. „Da” szczotkę, „da” szampon, „da” tampon, „da” najlepiej wszystko co tylko da się „da”. Wraz z „da” podąża w parze paluch, który niczym wskaźnik pokazuje wszystko co tylko można w pomieszczeniu pokazać. Czasem są też rzeczy niewidzialne, zrozumiałe tylko dla okaziciela, wtedy też jest szczególnie trudno, bo nie widzę tego co dziecię chce pokazać. Mego nie widzenia mała „bestia” nie uważa za stosowne wytłumaczenie i niewinne przewijanie odwleka się w czasie, a ja zlana potem zachodzę w głowę, o co „bestii” mogło biegać. Kierując wzrok w pokazywanym kierunku widzę tylko ścianę, plamę na ścianie i nic więcej. A może chodziło o tę plamę?? Ni chuchu, nie kumam bracha.Zabawa. Ileż to moje dziecko ma do zrobienia i do powiedzenia. Tylko dlaczego po elficku? Wszystko to „kotek, kotek” powtarzane po stokroć.
– Jasiu co to? – pytam wskazując na tatę
– Baba – odpowiada stworosław
– A to? – pokazuję na siebie
– Baba
– A to? – pokazuję na pieska na reklamie Chappi (tak mamy telewizor, oglądamy i się tego nie wstydzę)
– Kotek   O_o
Najlepiej poznane, obcykane i używane z pełną świadomością jest synkowe „brrrrrrr” idealna w mym mniemaniu onomatopeja wpasowująca się w opis Jaśkowej rzeczywistość. Dla niewtajemniczonych, biegnę z wyjaśnieniem. Mieszkamy w samym centrum miasta Łodzi, tuż przy torach tramwajowych, a rano zamiast z kurami wstajemy wraz z rozlegającym się hukiem śmieciarek, opróżniających pobliskie kosze. W takich warunkach nie dziwi mnie fakt, że najlepiej poznanym przez Jasia, elementem otaczającej nas rzeczywistości są dźwięki przeróżnej maści pojazdów, co chwilę mijających naszą kamienicę. Zresztą to przecież facet i trudno by „jarał” Go dźwięk śpiewających kucyków.

Są też Jasiowe wywody przy jedzeniu…
-deł, deł, deł dełdełdeł deł deł – mówione tonem tak poważnym i dostojnym, że nie omieszkam sądzić, że dziecko stara mi się objaśnić źródło wszelkiego poznania. Grecki filozof to przy nim pikuś, tyle że z greckiego zrozumiała bym tyleż samo, a może nawet ciutkę więcej. Zrezygnowany usilnymi próbami wyjaśnienia mi swego punktu widzenia, zagryza zęby smokiem i myśli pod nosem jacy Ci dorośli są dziwni i niegrzeszący intelektem. Aż boli mnie świadomość ile wartościowych chociażby z humorystycznego punktu widzenia mądrości, omija mnie przez moje ignoranckie nierozumienia słowa mówionego mojego dziecięcia.

Że zdenerwowany widać gołym okiem, ale zabijcie mnie, po długich analizach jego misia, niebieskiego dinozaura i rozsypanych wkoło kredek, nie kumam na co, o co i dlaczego aż tak bardzo? Domyślam się, że to może dlatego, że na kartce powstał bazgroł zamiast „Damy z łasiczką”, a Miś ma muszkę, zamiast krawata… cholernie trudna sprawa. Dochodzi do tego wkurzenie na klocek, ciśnięty po chwili przez prawie cały pokój. Pod nosem tajemnicze „łiła iiiii deł, deł”, pewnie nie bez znaczenia. Pewnie w owym cytowaniu, kryje się wyjaśnienie dziecięcej frustracji, ale czymże jest łiii, rzeczownik? przymiotnik?, a deł? dość często postarzany, który dla mego synka jest czymś tak oczywistym, że aż widzę w jego oczach pogardę dla mego całkowitego niezrozumienia.

 Pomocy

Istnieją tłumacze węgierskiego, mongolskiego, a nawet esperanto. Szkoda, że nie ma też takich, którzy przełożą w dziecięcego. O ileż życie byłoby łatwiejsze :p

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Wiesz co Ania , na jedno to dobrze , bo przynajmniej nie masz jak uciec od sytuacji problematycznych 🙂 mi jak Zośka powie – " Mama daj ciuciu z ap " to ja dokładnie wiem o które ap chodzi, o które ciuciu chodzi i że ma być to prawie że natychmiast 🙂 a każda próba ociągania się z mojej strony jest skwitkowana – "Mama, o kurce"