Poznali się dawno, dawno temu w pewnym szarym i śmierdzącym spalinami mieście. Należała do innego, z którym spotykała się od ostatniej klasy liceum. Związek na odległość ugasił ich związek na tyle skutecznie, iż spragniona płomienia, niczym dziewczynka z zapałkami, zakochała się w tym drugim od pierwszego wejrzenia.

Ona, przyszła pani biolog, studiująca w mieście pachnącym piernikiem, on student elitarnego kierunku w mieście oddalonym o ponad 150 km. Spotykali się ukradkiem, ukradkiem ucząc się kiełkującego w nich młodzieńczego uczucia. Ona zakochana, stęskniona, do granic absurdu oddana, on w zasadzie nie wiem. Mężczyzna to skryta istota, a on był skryty do potęgi n-tej. Był rodzajem dwunożnego drapieżnika, który walczy dopóty, dopóki nie zwycięży… ona tego nie rozumiała.Nie chciała rozumieć…
Targana miłosnym uniesieniem, rozszarpała serce swego aktualnego, rzucając go w kąt jak niechcianą kukłę. Z dnia, na dzień, oznajmiła mu przez telefon – „koniec z nami”, bez reszty słów, bez skrupułów odłożyła słuchawkę, zapominając że dla niego była przecież wszystkim. Po zerwaniu poczuła dziwną ulgę, lecz jednocześnie nie dawał jej spokoju gorzki posmak w ustach. Wyrzuty sumienia sztucznie, aczkolwiek skutecznie zagłuszała upojeniem nowym „ciachem”. Jakże innym, obiecującym, wydawało by się niedostępnym, a jednak tuż na wyciągnięcie jej dłoni. Ex i on byli kolegami, co gorsza współlokatorami, dlatego dla dobra ich trojga, dziewczyna i on ukrywali swój parszywy związek. Godziny spędzone na pogaduszkach o wszystkim i o niczym, okraszone intrygą, skutecznie podgrzewały atmosferę ich świeżego związku. Nie wiedział nikt, byli tylko oni, a świat od tamtej pory, zaczął się dla niej pokrywać szarością. Nie wiedziała wówczas, że związek zbudowany na cudzym nieszczęściu, pokiereszuje jej życie, w najbardziej bezlitosny i parszywy sposób. Kłamstwo niczym bumerang, powróci do niej uderzając w jej najczulszy punkt, ogarnięte miłością serce.
Pierwsze miesiące, istna słodka bajka. Wyjazdy, przyjazdy, wzajemne odwiedziny. Godziny spędzone na pieszczotach i zgłodniałych pocałunkach. Wspólne wakacje, codzienne spacery, lejące się hektolitry słodkości, miłości, miłości i jeszcze raz miłości. W jej mniemaniu, to był ten jedyny, w jego… sama nie wiem. Jego początkowa fascynacja, po kilku miesiącach zdawała się tracić na sile. Nowy rok akademicki przelał czarę goryczy. Kolejny raz musiała zmierzyć się z miłością na odległość. Poprzednia nie przetrwała, ale w tym przypadku przecież miało by inaczej. Miała swojego księcia, dla którego w dziwny, niezauważalny przez nią samą sposób zaczęła się zmieniać. Na gorsze niestety… Trucizna
Ich uczucie było sinusoidą naprzemiennie podgrzewaną nieczęstymi spotkaniami. Za każdym razem uczyli się siebie od nowa, poznawali i zakochiwali się w sobie ponownie. Dla jednych pięknie, ale w zaślepionej uczuciem głowie, zagłuszane uniesieniem fragmenty jej racjonalnej natury, zaczęły coraz częściej dawać o sobie znać. Co jeśli on, tam daleko nie jest jej wierny? Potwierdzeniem jej obaw były ślady pozostawione na jej osobistym komputerze. Bezmyślny! Nadwyrężone zaufanie, wierciło dziewczynie dziurę w brzuchu. Nie mogła jeść, spać, myśleć o niczym innym. Nie pomagały jego zapewnienia, wyznania, słodkie słówka na skajpie, miłosne smsy. Był za daleko, by mogła mu w to wszystko uwierzyć. Kochała, tak strasznie kochała… Ich kilkudniowe spotkania raz na jakiś czas, stawały się pretekstem do konfrontowania jego prawdomówności. I kolejny cios! Kurwa mać… Wcześniej zraniona, pani detektyw, zajęła się jego komputerem, przetrzepując wzdłuż i w szerz historię przeglądarek, a także archiwa rozmów znienawidzonego gadu -gadu. W czasie gdy on robił zakupy na ich wspólne śniadanie, ona po raz kolejny przekonała się jakim jest FIUTEM! Jej zachowanie było paskudne! ale jeszcze bardziej paskudne było to, że jej samonapędzające się obawy znalazły parszywe potwierdzenie. Kolejny dowód!!! Kolejne łzy, drugie już jego płonne zapewnienia o bezsprzecznej wierności, bezsensowne usprawiedliwienia, wymawianie się tęsknotą i sposobem na zabicie nudy. Uwierzyła, bo chciała uwierzyć, ale tym razem cios był mocniejszy, a rana jeszcze głębsza, sącząca się i bolesna do samego ich końca.
Wyprowadzam się do niego postanowiła i z dnia na dzień, paląc mosty, pokonała wszystkie przeciwności losu. Formalności związane ze zmianą uczelni były niczym w porównaniu z przepiękną perspektywą ich idealnego (w jej mniemaniu), wspólnego życia. Szkoda, że zaślepiona swoimi marzeniami, nie zauważyła wtedy, jego całkowitego braku entuzjazmu wobec zaistniałej sytuacji.
Zamieszkali razem, a ten z pozoru piękny początek, okazać się miał wkrótce symbolem ich wspólnego końca. W związku wiało nudą. On (jako student elitarnego kierunku), całe dnie spędzał przed telewizorem lub przepierdalał godziny przy znienawidzonym przez nią komputerze. Ona zmęczona studiowaniem, nauką, i domowymi obowiązkami, usługiwała mu jak zwykła kwoka. On każdego dnia obrastał coraz grubszą warstwą lodu, którą ona usilnie starała się roztapiać swą bezkrytyczną i bezmierną miłością do niego. Była mu potrzebna. Stanowiła bezpieczny element jego parszywego planu, który przez następne 3 lata ich wspólnego życia, zniszczył bezpowrotnie jej wiarę w ludzi. Nie widziała, w nim potwora, sycącego się każdego dnia jej uśmiechem i pozytywną energią. Nie chciała widzieć w nim kłamcy, który już nawet przestał udawać, że nim nie jest. Nie słyszała słów, które powinna słyszeć kobieta. Robiła wszystko, by mu się przypodobać, osiągając tym wyłącznie jego obojętną obecność. Jego „miłość” wracała tylko wówczas, gdy była mu do czegoś potrzebna. Była jego gruntem, oazą miłości, która w swej ślepocie, pozwalała mu na wszytko, znajdując usprawiedliwienia na każde jego bezduszne zachowanie. Wystarczyło, że w chwilach jej zwątpienia (bezbłędnie potrafił je identyfikować) okazywał jej odrobinę „serca” (on miał tylko podtrzymujący go przy życiu mięsień), by ta zapominała o wszystkim co było złe. Bił ją? – spytacie. Tak, bił ją w najbardziej paskudny z możliwych sposobów, gdyż jego niefizyczna przemoc katowała ją psychicznie. Manipulował, wpędzając ją w poczucie, że jest dla niej wszystkim, a ona swymi wątpliwościami odwraca się od niego.  Postanowiła przy nim trwać, tak bardzo była zakochana.
Miał pewnego kolegę, toksycznego przyjaciela, który miał na niego parszywy wpływ. Jej „ukochany” był typem kameleona, który w zależności od sytuacji, potrafił być zupełnie innym człowiekiem. Coraz częściej widziała w nim całkiem obcego jej człowieka. Nienawidziła go i kochała go zarazem. To właśnie ten toksyczny, wywarł na niego ostateczny wpływ, z którym kameleon nie potrafił sobie poradzić. To właśnie, toksyczny stopniowo wprowadzał go w swój chemiczny świat, który znajdował odzwierciedlenie w coraz częściej odnajdowanych przez nią fiolkach po dziwnych substancjach odurzających. Te ostatnie, czyniły go w owym czasie jeszcze bardziej obcym. Głupia! Nie chciała widzieć, nie chciała wiedzieć, wolała żyć swym durnym snem, który bez reszty rujnował jej życie. Po miesiącach otępienia, miarka się przebrała. Stało się to dokładnie, wtedy gdy na swym zasilanym przez rodziców koncie bankowym, ujrzała rozrywające bólem, ZERO złoty. Okradł ją z miłości, okradł ją z nadziei, wreszcie okradł ją dosłownie, wrzucając ją na samo dno rozpaczy, którą po raz ostatni, swymi parszywymi zapewnieniami udało mu się reanimować.
Nie płakał przy niej wtedy po raz pierwszy, ale to właśnie wtedy, po raz pierwszy od bardzo dawna, poczuła, że wylewane przez niego łzy są prawdziwe. GŁUPIA! Potrzebował idiotki, a ona po raz kolejny dała się mu omamić. Okradziona z forsy i godności, niczym pierwszy element Domino, zaczęła odkrywać jego kolejne tajemnice. Nie będę pisać jakie, ale jeśli potrafisz sobie wyobrazić, drogi czytelniku osobę, z którą żyjesz 4,5 roku, którą przez te 4,5 roku poznajesz, a potem okazuje się, że wszystko czym żyłeś, czym karmił Cię przez ten czas, okazuje się kłamstwem, to zrozumiesz… Zrozumiesz, że w jednej sekundzie zawalił się cały jej świat. A ona? Postanowiła walczyć! Po raz kolejny, pozwoliła się oszukać. Broniła go, wspierała, wydawało się jej, że pomaga mu pokonać wszystkie przeciwności losu. Wbrew temu co radzili jej wszyscy w koło, nawet jego własna matka, postanowiła mu wierzyć. Jaka była naiwna. Pomimo zapewnień, wspólnej terapii, pomocy on ciągle sięgał po substancje, które prowadziły go na samo dno, a ona nie przestawała walczyć. Kochała go jak jeszcze nigdy przedtem i nie wyobrażała sobie bez niego swojego życia.
Piąty rok studiów. Magisterka. Znów mieszkali razem. Rzekomo wrócił na studia, rzekomo chodził do pracy, rzekomo przestał brać, kłamać i spotykać się z toksycznym. Rzekomo zrozumiał jak wielki miał w niej skarb. Często mówił „kocham„, chciał się jej oświadczyć, a ona wierzyła (choć wewnętrznie wiedziała), że wszystko będzie dobrze. NIE BYŁO!!!! WSZYSTKO CZYM PONOWNIE MYDLIŁ JEJ OCZY, OKAZAŁO SIĘ KŁAMSTWEM!!! Najbardziej parszywym, ze wszystkich jego kłamstw.
Był mroźny, zimowy dzień. Przedświąteczna krzątanina, śmiech rzucających się śnieżkami dzieci, ślady czarnego tuszu do rzęs, tuż pod jej stopami. To właśnie tego dnia, widziała go po raz ostatni. Spała, gdy wyszedł. Pamiętała dotyk jego ciepłych ust na swoim czole. Wymowny pocałunek złożony w ofierze, tuż przed jego wyjściem. Jej wewnętrzny głos wyszeptał ciche „do widzenia„. Nie usłyszał, wyszedł, nie wrócił. Poszła go szukać, wiedziała, że na próżno. Napisał smsa „jestem złym człowiekiem, zasługujesz na kogoś lepszego (…)” Nigdy więcej się nie spotkali, ale jej cierpienie, ból i poczucie ogromnej niesprawiedliwości, uczyniło z niej zupełnie inną kobietę. Dziś szczęśliwą, lecz skrywającą ranę, której proces gojenia dopiero niedawno się rozpoczął.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Smutna historia. Każdy z nas ma tak zwany swój krzyż, który niesie ;/ życzę Ci, abyś była kiedyś szczęśliwa 🙂

    • Kochana, ale to już przeszłość, z którą udało mi się uporać. Dziś mam męża, kochanego synka i kilka nie miłych wspomnień, które mogłam tutaj opisać.

  • Anonimowy

    srata tata ;….

  • Anonimowy

    Po co wylewasz te wymiociny na forum… blog w glownej mierze poswiecilas swojej obecnej sytuacji, a ta sytuacja jest Twoj syn, maz i punkt w ktorym obecnie sie znajdujesz. Nie pomyslalas jak musi czuc sie Twoj maz czytajac jak to zawalil Ci sie caly swiat? Ja z szacunku do mojego meza nie napisalabym tympodobnych dyrdymalow. Zamiast zapomniec, olac, spuscic do kibla te przezycia to ciagle do nich wracasz… no chyba ze tak ci ciazy to i nie daje spokoju. Aha swiat zawala sie osobom, ktore maja bardzo chore dziecko, ktorym maz ginie w wypadku przez przypadek, albo gdy sama wpadasz w nalog czy jak kto woli ciag. Ta oprawiona dramatyzmem historia nieszczesliwej milosci to nic innego jak szczeniece uczucie dwojga niedojrzalych ludzi.

    • Na blogu, jako że jestem jego autorką, mogę pisać o wszystkim, o czym tylko chcę. A o mojego męża, nie ma się co martwić. Raczej może być z siebie dumny, że to dzięki niemu jestem TERAZ szczęśliwą osobą. Przeszłość to przeszłość…