Jak można oddać półtoraroczne dziecko do okienka życia? – pomyślał zapewne każdy, kto przeczytał lub zasłyszał wczorajsze informacje. Pytanie to, zadałam sobie, także i ja, jednak nie o odpowiedzi na nie będzie mój dzisiejszy wpis. To co uderzyło mnie w tejże informacji to forma z jaką zetknęliśmy się z nią jako odbiorcy.

Ale po kolei.

Poród matki nie czyni…

Wejdźmy w skórę hipotetycznej matki. Kobiety, która przez 18 miesięcy wychowywała i najprawdopodobniej kochała swoje dziecko. Kobiety, która z nieznanych przyczyn zdecydowała się oddać je pod opiekę obcych ludzi. Nie powód jest tu ważny lecz jej motywacja. Jakąkolwiek była przyczyna tak radykalnej decyzji, kobietą kierowało dobro dziecka, a to jedyna słuszna droga, którą mogła podążyć.

Jeśli zdecydowała się oddać córkę, bo macierzyństwo ją przerosło, znudziła się nim lub po prostu poznała faceta, który chciał ją bez dziecka, to oddanie malucha, było Jedyną Słuszną Decyzją, bo bycie niechcianym dzieckiem, poniewieranym przez sfrustrowaną rodzicielkę jest życiem w niekończącym się koszmarze. To zbyt błahy powód? Pewnie tak, ale zastanów się ile matek z tegoż powodu odbierało dziecku życie, katowało je lub oddawało w ręce nieodpowiednich ludzi, którzy krzywdzili je za nią. Jeśli była jedną z kobiet, dla której od dziecka ważniejsze jest wszystko inne, to oddając je, choć ten jeden raz wykazała się empatią i dała mu szansę na lepsze jutro. Nigdy nie zgodzę się z twierdzeniem, że „lepsza zła matka niż żadna”, bo to argumentacja w stylu „lepszy mąż tyran niż żaden”. Czy naprawdę którakolwiek z nas chciałaby żyć z tyranem?

A jeśli żyła w związku opartym na agresji, w którym tkwiła wyłącznie ze strachu przed bezlitosnym oprawcą, który nie wahałby się podnieść ręki również na małą? Strachu przed przyjściem „tatusia”, który upija się co wieczór i awanturuje na całe gardło, bo w lodówce „nie ma piwa, koledzy chcą wpaść, a do sklepu za daleko. Poza tym w portfelu pustka”. Dalej uważasz, że postąpiła bezdusznie? 

A może żyła w skrajnym ubóstwie, w szarej beznadziei, która dopadła ją jak lew dopada gardła swoich ofiar. Być może zbyt młoda, zbyt naiwna, nieprzystosowana? Niech podniesie rękę ta, która nigdy nie doznała duszącego bólu zwątpienia? Zwątpienia we własne, matczyne siły, które przytłoczone ciężarem zwykłej codzienności, odbierały nam zdolność poglądu sytuacji, a poczucie  zabrnięcia w ślepą uliczkę zaganiało nas na sam skraj rozpaczy. Kto pomagał nam się podnieść? Mąż, partner, mama, najbliższa rodzina? A wyobraźmy sobie, że zostajemy w tej otchłani same, z dzieckiem na ręku, które swą obecnością, swym płaczem i niekończącymi się potrzebami zapędza nas w nią coraz głębiej?

„Urodziła dziecko jej obowiązkiem jest zapewnienie dziecku utrzymania i dachu nad głową”

A co jeśli sama jest nieudolnym dzieckiem, które tak samo jak półtoraroczniak potrzebuje pomocy dorosłych? Zajść w ciążę może każdy, kogo natura zaopatrzyła w mechanizm zdolny do powicia i utrzymania ciąży. Pamiętajmy, że sam akt zapłodnienia nie czyni z człowieka rodzica. W ciążę zachodzą kobiety nieprzystosowane i niezdolne do psychicznego bycia matką i to nie ich wina, bo one same mogą być ofiarą analogicznej sytuacji. Może matka ta, jest córką kobiety, która znalazłszy się w analogicznej sytuacji nie nauczyła córki stawiać czoła osiągniętemu stanowi mentalnej beznadziei, przez co stworzyła kolejną gałązkę genealogicznego drzewa z upadłymi w zwątpieniu ramionami? Poza tym, czy którakolwiek z nas chciałaby przez resztę życia tkwić w sytuacji bez wyjścia? Być może macierzyństwo było dla tej kobiety tymże potrzaskiem? Jeśli popełniła błąd nie zabezpieczając się i mimo to zdecydowała się urodzić, a bycie matką z jakiegokolwiek powodu przerosło jej możliwości, to niech nie popełnia zbrodni odbierania dziecku dzieciństwa, poprzez nieudolne sprawowanie funkcji „matki na siłę”. Stworzenie dziecku domu z koszmaru, pozbawiając go miłości i szans na wychowanie świadomego swej wartości dorosłego człowieka jest dla mnie o wiele większą zbrodnią, niż (być może) przedwczesne (nie mnie oceniać) złożenie broni i danie dziecku szansy na trafianie w ręce ludzi, którzy być może stworzą jej raj na ziemi.

A może dowiedziała się, że jest śmiertelnie chora i resztę swego krótkiego życia spędzi w szpitalnej sali, a nie ma nikogo kto mógłby przejąc od niej opiekę nad dzieckiem?

Zastanówmy się…

Okno życia – specjalnie przygotowane miejsce, umożliwiające matkom, które nie mogą lub nie chcą opiekować się noworodkiem, anonimowe, bezpieczne pozostawienie go w nim.

źródło: wikipedia

Najbardziej jednak w całym wydarzeniu uderzył mnie jego medialny rozgłos. Czy założeniom okienek życia, nie było czasem stworzenie rodzicom  niechcianych przez nich dzieci (wiem jak to smutne, ale niestety prawdziwe) możliwości zrzeczenia się praw rodzicielskich i oddania dziecka w sposób najmniej bolesny dla obydwóch stron? Czy ich filozofia nie opiera się na anonimowości? A czy ze wspomnianą anonimowością mamy do czynienia w tym konkretnym przypadku?

Siostry zakonne, które opiekują się wrocławskim okienkiem, bez ogródek opowiadają o zdarzeniu, co jest wodą na młyn dziennikarskiego mielenia gorących tematów… do zerzygania. O ile rozumiem pobudki dziennikarzy, których praca polega na tymże mieleniu, o tyle postawy sióstr zakonnych nie rozumiem i potępiam. To właśnie one powinny stać na straży dobra dziecka i matki, która chyba nie trudno się domyślić, znalazła się w potwornie trudnym położeniu. Być może (na pewno) targają nią rozpacz, poczucie winy, a zamiast możliwości poradzenia sobie w ciszy, w spokoju, ze swoją beznadziejną sytuacją, otrzymuje niekończącą się lawinę informacji, rewelacji, jadu i hejterskich pomyj, które krzyczą z każdej pierwszej strony gazet, z każdego bloku informacji, zarówno w radio jak i TV, a także forów przepełnionych „matkami polkami” które jak zawsze w formie, pierwsze i w pełnej gotowości do wydawania sądów, nie zostawiają na biedaczce suchej, niezatrutej jadem nitki.

Ja, kobiecie z całego serca współczuję, bo niezależnie od tego czym kierowała się oddając kruszynę, wiem że do końca życia będzie żyła z piętnem matki, która z niezrozumiałych dla nas powodów, porzuciła swoje dziecko.

foto: www.superbwallpapers.com

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.