Doskonale pamiętam dzień, gdy wyczułam go pod palcami. Wystraszyłam się, ale jako piętnastolatka nie brałam poprawki na niebezpieczeństwo jakie niosła za sobą moja ignorancja. Wiedziałam, że to może być coś złego i powodował mną znany mechanizm spychania problemu na dalszy plan. Ale problem nie zniknął. Mijały miesiące, a ja w tajemnicy przed całym światem hodowałam w swoim ciele guza, który spędzał mi strachem sen z powiek, a o którym usilnie próbowałam zapomnieć.

…myślałam że samo zniknie, że to przez dojrzewanie.

Nadszedł dzień konfrontacji. Pierwsza wizyta u ginekologa. Straszniejsza niż mogłam to sobie wyobrazić i bynajmniej nie dlatego, że nastoletnia wizja  wizyty u lekarza tej specjalizacji jest czymś złym i wstydliwym z samego założenia. Wręcz przeciwnie, to mina lekarki po wymacaniu kulki wielkości gałki ocznej otworzyła mi oczy. Poczułam w gardle coś w rodzaju utkniętego kawałka czerstwego chleba, który po kilku chwilach zaczął nieznośnie pulsować w rytm podniesionego do granic niemożliwości tętna.
Muszę poprosić Twoją mamę. Muszę z nią o tym porozmawiać – stwierdziła lekarka – jak długo masz to w piersi, mówiłaś o tym mamie?
Mój wzrok utknął wlepiony w czarny punkt na podłodze, ślad po metalowym fleku lekarskiego obcasa.
Nie mówiłam, myślałam że samo zniknie, że to przez dojrzewanie.
Dziewczyno… – zawiesiła głos i poprosiła mamę do gabinetu.
Resztę pamiętam jak przez mgłę. Pamiętam, że słyszałam roztrzęsiony głos mamy poprzerywany moralizatorskim głosem lekarki pełnym troski i niepokoju o mnie. Pamiętam moją mamę, która dla mojego dobra starała się ukrywać, że to nie przelewki, że i tak minęło już zbyt wiele czasu. Jak głupia byłam, zwłaszcza że z mamą od zawsze miałam przecudowny kontakt. Nie było u mnie w domu tematów tabu, nie wstydziłam się rozmawiać o „wstydliwych tematach”, a wszystkie moje problemy były zawsze przed wszystkimi innymi problemami w domu. Dlaczego nie powiedziałam? Nie wiem, ale wiem, że był to mój najgłupszy wybór w życiu.
Nigdy nie spotkałam się z tak dużą zmianą w tym wieku. Musicie jak najszybciej skonsultować to ze specjalistą chorób piersi – doradziła lekarka i wręczyła mamie wizytówkę polecanego przez nią lekarza tejże specjalizacji.
Wizytę miałam już następnego dnia. Nie ukrywam, że szłam na nią jak na ścięcie. Byłam przerażoną piętnastolatką, która nagle znalazła się w przerażająco dorosłym świecie. Nagle wszystko co było dla nas ważne: rekrutacja do liceum, wyniki egzaminów gimnazjalnych, wakacje straciło swą wagę, a nad naszym domem zawisło widmo choroby, o której nawet baliśmy się pomyśleć. Bałam się. Bałam się, że dowiem się, że kulka w piersi odbierze mi młodość, odbierze szansę ukończenia szkoły, dorastania, posiadania męża, dziecka, własnego domu. Bałam się, że wyhodowana na własne życzenie kulka, odbierze mi wszystko to o czym marzyłam, odkąd tylko zaczęłam rozumieć cel ludzkiego istnienia. Pamiętam też mamę, moją bohaterkę, która starała się uśmiechać, podtrzymywała mnie na duchu i nie dała po sobie poznać, że mogłoby być gorzej niż chciałybyśmy by było.

…nie będę patrzył podczas badania

W gabinecie lekarskim zastałam lekarza, który o zgrozo okazał się mężczyzną. Pojawił się wstyd, pomieszany z niewyobrażalnym strachem. Myślałam, że zemdleję. Uporczywe myśli zaczęły wirować w mej głowie z prędkością tornada, uparcie kręcąc się, przytwierdzone do jednej z najczarniejszych z czarnych myśli „a co jeśli…?”
widzę, że Panienka Ania przerażona. Jak chcesz to zbadam Cię pod kołdrą wstydziocho, nie martw się nie będę patrzył podczas badania – wypowiadając to, wysłał w moim kierunku uśmiech, który był niemal definicją określenia uśmiechu od ucha do ucha. Pierwszy kot wpadł za płot i od tej chwili było coraz lepiej. Poczułam jak dzięki wesołemu i przemiłemu doktorowi, lęk i strach skrapla się mi potem na plecach. W trakcie USG rozśmieszał mnie i udowadniał, że trafiłam z mamą pod właściwy adres specjalisty, a przede wszystkim człowieka, który zorientowawszy się, że ma w gabinecie przerażoną nastolatkę, otworzył się na mnie i dostosował sposób prowadzenia konsultacji do moich nastoletnich potrzeb.
Nie martw się. Niezłe sobie jajko wyhodowałaś, ale na moje doświadczone oko wszystko będzie dobrze. Musimy to tylko wyciąć, oczywiście im wcześniej tym lepiej i będziesz mogła jechać na tegoroczne wakacje. Wybierasz się gdzieś?
To właśnie od tego momentu poczułam niewyobrażalną ulgę. Nie przeraziła mnie wizja rychłej operacji, badań histopatologicznych i czas jaki trzeba było pokonać w oczekiwaniu na ich wyniki. Lekarz kilkoma prostymi słowami, uśmiechem i najzwyczajniej ludzkim podejściem do pacjenta sprawił, że najgorszy dzień w moim dotychczasowym życiu stał się sądnym, ale w całkiem przyjemny sposób. Tak niewiele trzeba.

Operacja i cała reszta

Następnego dnia jechałam z mamą do szpitala, po to by w następnym dniu przejść zabieg, który po pierwsze uwolnił mnie od zmory posiadania guza w piersi, po drugie miał dać odpowiedź na pytanie czy po usunięciu go jestem zdrowa. Z dnia, w którym zaplanowano zabieg pamiętam przemiłe pielęgniarki, które przecierały oczy ze zdumienia, orientując się, że „głupi Jaś” nie działa na mnie tak jak powinien zadziałać, a praktycznie nie działa wcale. Pamiętam oczekiwanie na sam zabieg, który poprzez komplikacje na stole operacyjnym poprzedniej pacjentki, odwlekł się w czasie. Pamiętam też chwilę przed zaśnięciem, gdy na prośbę doktora liczyłam do 10 i doliczyłam do 4. Pamiętam, wreszcie moment, gdy pomimo narkozy przebudziłam się w trakcie i stałam się jednym z niewielkiego procenta ludzi opornych na działanie środków nasennych, przeciwbólowych itp. choć wtedy nie wiedziałam jak ważna jest to wiedza.

Wróciłam do siebie. Czekałam na wynik histopatologii, który okazał się być dla nas wszystkich dobrą wiadomością. Starsza o solidne, życiowe doświadczenie nauczyłam się regularnie badać swoje piersi, przez co za jakiś czas ponownie wykryłam niewielki lecz niepokojący mnie guzek. Maleńki, dla niewprawnych rąk niewyczuwalny, ale znając swe ciało, wiedziałam że jest czymś, czego nie mogę zostawić bez konsultacji. Mój lekarz, który 3 lata wcześniej pomógł uporać mi się ze strachem zmarł, a ja pozostałam z problemem znalezienia godnego następcy, który tak jak on wzbudzi moje zaufanie i doda mi otuchy w trudnym okresie, który ponownie zawisł nad moją głową niczym miecz Damoklesa. Trafiłam do lekarki, kobiety która z racji bycia kobietą, wydawała się być dobrym wyborem. Nie była! Bezduszna, niemiła od samego wejścia do jej gabinetu, była uosobieniem wszystkich lekarskich koszmarów. Leczyła mnie jakby za karę, choć ja czułam się tak, jakbym to ja za karę trafiła do niej. Niedelikatna, przesycona smrodem papierochów wredna baba, która miała moje zdrowie w swoich rękach. Straszne babsko. W dalszym procesie leczenia było całe mnóstwo uchybień, w tym jeden którego przemilczeć nie mogę. Po raz kolejny przebudziłam się na stole. Z rozłożonymi, przymocowanymi pasem do stołu operacyjnego rękami i maską tlenową na twarzy, ogłupiona wciąż wędrującą w moich żyłach chemią nie mogłam zrobić nic, co stanowiłoby sygnał, że jestem świadoma. Mogłam jedynie mrugać oczami z nadzieją, że znajdzie się przy mojej twarzy ktoś, kto zauważy, że narkoza przestaje działać. Widać mój przypadek uznali za zbyt błahy, by podczas jego trwania anestezjolog nie spuszczał mnie ze swego troskliwego oka. Pamiętam każde wkłucie, każde szarpnięcie tkanki, pamiętam odbicie w lampie chirurgicznej, które niczym lustro ukazywało wszystko co działo się po drugiej stronie rozwieszonego parawanu z zielonego prześcieradła. Myślałam, że to sen, który niestety dział się naprawdę. Gdy zapłakana, roztrzęsiona i śmiertelnie przerażona znalazłam się w sali chorych powiedziałam mamie, która pierwszy raz w życiu nie wiedziała co ma mi powiedzieć. Nikt nam nie uwierzył. Nie uwierzyli nawet wtedy, gdy powiedziałam im ile szwów znalazło się w moim ciele, bo każde z nich czułam bardziej niż wiedziałam i to czucie wyryło w mojej głowie strach przed tym, że historia może się powtórzyć po raz trzeci, choć nawet, gdy nadejdzie kolejny raz pewnie i tak mi nie uwierzą.

Dalsze życie pokazało mi, że nie myliłam się w tym względzie i zmagam się z tym problemem, a raczej pewnego rodzaju cechą osobniczą, za każdym razem gdy potrzebuję znieczulenia u dentysty (najgorzej było przy wyrywaniu zęba stałego), przy porodzie (znieczulenie nie działało) i innych sytuacjach życiowych, w których pomaga się pacjentowi poprzez podanie środków chemicznych uśmierzających jego cierpienie.

Droga czytelniczko.

Niezależnie od tego czy masz naście czy dziesiąt lat, pamiętaj że piersi to jeden z nielicznych przypadków części ciała, którą możesz skutecznie i dokładnie badać samodzielnie. Nikt nie zna swojego ciała lepiej niż TY SAMA i nikt szybciej nie zorientuje się o ewentualnych nieprawidłowościach jak TY SAMA. Może to banał, ale masz dla kogo żyć. Nieważne czy Twój sens pełza Ci pod nogami, uczy się mówić czy właśnie zdał maturę. Nieważne czy masz dziecko, męża czy kochającą partnerkę. Musisz żyć i TY SAMA JESTEŚ PANIĄ SWOJEGO ZDROWIA. TY SAMA! PAMIĘTAJ O TYM…

Źródło grafiki: https://dobrebadanie.pl/

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.