Był dość chłodny, wietrzny poranek, lecz mimo to postanowiliśmy wybrać się z synkiem na jeden z pierwszych, wiosenych spacerów.

Mieszkamy w samym centrum zatłoczonej, zaniedbanej, brudnej Łodzi. Po wyjściu przed klatkę dopada nas nasza miejska rzeczywistość, objawiająca się wiecznie rozpędzonym tłumem „ślepych” ludzi, kierowanych taksją codzienności. Praca, mnóstwo zmartwień, kłopoty finansowe, choroba, śmierć, zawiść, zazdrość, radość, łzy i cały arsenał ich wewnętrznych myśli, hermetycznie zamkniętych w ciałach z betonu, które coraz trudniej skruszyć, coraz trudniej zranić. Nikt nie spogląda za siebie, prą na przód jak nakręcana mysz, a jedynym wytchnieniem jest pauza w oczekiwaniu na zielone światło.
Nagle światełko w tunelu uwięzionych w czasie. Mały chłopczyk w zielonej czapeczce z pomponem. Na oko może siedmioletni. Jedyny, który w pośpiesznym pędzie krok w krok za swoją matką, zauważa stojącego na rogu ulicy bezdomnego. Niemal odruchowo wyciąga kanapkę z tornistra, którą pospiesznie podaje w przemarznięte ręce potrzebującego. Wzrok mężczyzny, osłupienie matki i radość chłopczyka z czyninionego dobra, na zawsze pozostaną w mojej pamięci.
– Ma pani pięknego syna – odparła przechodząca obok staruszka.
– Dziękuję – odpowiedziała łamiącym się głosem matka…
Piękni ludzie mają piękne dzieci. Dobro przychodzi na świat wraz z różowym noworodkiem. Kiełkując, winno być pielęgnowane, odżywiane rodzicielskim wzorcem godnych postaw, które ukwiecają ziemię małymi, wielkimi postawami, które pozwalają wierzyć, że nie jesteśmy straceni.