a Łódź jest jego zasraną stolicą. Przeprowadziłam niedawno prosty eksperyment. Wychodząc na spacer, miałam liczyć wszystkie psie kupska postawione na chodnikach, na krótkiej, wyznaczonej przeze mnie trasie. Wyniki były zatrważające, przez co spacery coraz częściej wyglądają jak slalom gigant… pomiędzy gównami. Kto w Łodzi był, to wie o czym mówię, bo miasto to pod tym względem jest niezwykle osobliwe.

Do eksperymentu z liczeniem kupsk, a raczej jego wyniku, wrócimy pod koniec mojego wpisu, ale już teraz spróbujcie oszacować, ile gówna spotkałam na swej drodze.

Oczywiście nie mam pretensji do czworonogów. Założę się, że gdyby matka natura, wyposażyła psiaki w chwytne łapy, prędzej sprzątałyby same po sobie, niż robią to po nich właściciele. To okropne, że wiosenne spacery, zamiast pachnieć kwitnącymi drzewami, budzącą się do życia zielenią, cuchną psimi odchodami i to do tego stopnia, że ów smród wgryza się we wszystko co mamy na sobie, sprawiając że po kilku minutach spędzonych w fetorze, sami czujemy się jak kupa. To straszne, że od dawna, pierwszymi oznakami wiosny, zamiast pierwiosnków czy przebiśniegów, są wyłaniające się spod śniegu, setki psich, odmrożonych placków. Trawy pobliskich parków usiane są ochydną sraczką, którą łatwiej byłoby oblecieć (pomimo braku skrzydeł) niż skutecznie ominąć. To wszystko, a i wiele więcej, jest tak odrażające, że pisząc to mam ochotę puścić pawia.
Pójdę dalej, w swych fekalnych dywagacjach i na wstępie potępię, niemych obserwatorów, którzy cichym przyzwoleniem wobec braku zdecydowanego sprzeciwu, dają zielone światło, zasranym właścicielom, przez których świat, zdaje się cofać do czasów średniowiecza. Teraz nie rynsztok, a chodnik odstrasza smrodem, brudem i szerzącą się zarazą. Biję się w pierś, gdyż nieraz jako świadek podobnej sytuacji, zapominałam języka w gębie. Strach przed właścicielem w dresie, wyglądającym jak bezmyślny kark, brał górę nad naturą w stylu „ura, bura Zenek wichura”. Bałam się, że po słowach krytyki, bezmózgi kawał mięsa wywinie mi z liścia, albo co gorsza zrobi coś złego mojemu dziecku. W końcu „gówna się nie rusza, bo śmierdzi” nomen omen. Z ciśnieniem po zenit, mijałam delikwenta, fuknąwszy pod nosem, by dać niemal bezszelestny upust mej dezaprobaty. Dotknęłam sedna, bo to tak jak z palaczami. Mimo, że są ością w gardle zdrowego społeczeństwa, z jakiś dziwnych, nieznanych mi pobudek tolerujemy ich obecność. Oczywiście „morda w kubeł” w obliczu pięści chłopa postury Trybsona jest w mym mniemaniu usprawiedliwiona, ale starsza pani, młody chłopak czy mała dziewczynka? Z drugiej strony, dlaczego pies Trybsona, może srać gdzie popadnie, a pudelek dziewczynki nie?
Może łatwiej byłoby sprawę psich bobków usankcjonować. Sprzątanie kupska, powinno stać się oficjalnym obowiązkiem właścicieli czworonogów, a nie wyłącznie kwestią ich dobrego wychowania. Schemat odnoszący się wyłącznie do savoir vivre nie działa, bo jak widać na załączonym obrazku, mamy bardzo słabo wychowane społeczeństwo. Mandaty powinny być surowe, tak by szły w pięty, bo nie od dziś wiadomo, że nie rozsądek, a pustka w portfelu jest najlepszym motywatorem Polaka. Pochwalam społeczne inicjatywy, specjalne kosze w parkach, przy których często przywieszone są woreczki, ale to właśnie te ostatnie, bywają przyczyną kolejnych pytań. W jakim kraju ja żyję, skoro ludzie kradną woreczki na psią srakę? Co z nimi robią? Noszą w nich śniadanie? Dobija mnie widok spacerujących z pieskiem matek, które pozostawiając kupę domowego Fafika, nie edukują swych pociech, nie posiewają godnych zachowań, utrwalając tym samym patologiczny obraz zasranej ulicy, śmierdzących rogów i butów wiecznie utytłanych w gównie, niemal po kolana.
Mistrz Koterski w „Dniu Świra” otarł się o geniusz, ustami Konrada, ubierając w słowa to co wszyscy niesprzątający właściciele burków, powinni w duchu powtarzać jak Pacierz. Bo gówno jest gównem i z psiej dupy śmierdzi tak samo. Amen
Ile kup naliczyłam na ok. 800 metrowym odcinku trasy? 82 i niech to będzie najlepsze podsumowanie tego zasranego tematu.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.