Nie, moje wpisy nie są przebajerowane. Nie odgrywam roli wzorowej matki, ubranej w najlepsze, markowe ciuchy, zawsze pomalowanej i pięknej do bólu. Nie piszę o tym, że mam idealne dziecko, które w 12 miesiącu życia umiało tabliczkę mnożenia i jeździło na dwóch kołach. Co więcej, ja nawet nie staram się być kimś lepszym od swej formy rzeczywistej, bo sztuką bycia szczęśliwym człowiekiem jest umiejętność pogodzenia się ze swoimi wadami. Jestem też świadoma swoich zalet i nie ukrywam, że to właśnie owa samoświadomość trzyma mnie w ryzach mojego codziennego optymizmu. Bywam zgorzkniała, marudna, uwielbiam wyolbrzymiać, ale wymienione cechy są trucizną mojej codzienności, bo o ile łatwiej wstaje się rano, biorąc pod uwagę plusy budzącego się, nowego dnia. Nie zawsze mi to wychodzi. Czasami upajam się myślą ogromnej niesprawiedliwości, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba i śmieje mi się w twarz. Mąż daleko, w innym mieście, pracuje w trybie „nieludzko dużo do zrobienia”, by jeszcze bardziej utrudnić naszą sytuację.  Ja sama, tu i teraz, nie mam siły zwlec się z łóżka, a przecież miasto i tak będzie zakorkowane. W końcu to Łódź. I tak będę stała w gigantycznym korku, by po 15 minutach niekończącego się stania, dojść do wniosku, że przecież szybciej dojdę na piechotę.

Najbardziej zdradliwe są poranki, gdy wszystko muszę sama. Sama wstaję i nikt mi w tym nie pomaga. Nie składa mi na czole gorącego buziaka, który daje kopa w konfrontacji z szarością dnia codziennego. Sama ścielę łóżko, choć zazwyczaj nie ścielę, bo szkoda mi czasu na pierdoły, a jako że łóżko mamy na antresoli to barłogu i tak nie widać (tak, tak, wiem że znajomych to zaskoczy, ale niem taka perfekcyjna jak się wydaje). Sama robię kawę, szykuję śniadanie, które z braku czasu wkładam do woreczka i zabieram w biegu do pracy. Budzę Jasia, który zazwyczaj odmiennie niż w weekend, w tygodniu lubi dłużej pospać, a mnie na myśl o wybudzaniu go ze słodkiego snu pęka matczyne serce.  Szykuję ubranie, które następnie skwapliwie na siebie zakładam, dochodząc do wniosku, że bluzka ma plamę i nie mam co na siebie włożyć. Na szybko prasuję koszulę, która i tak się pogniecie, ale mam na tym punkcie korbę i jedyną rzeczą, którą zakładam na siebie bez wcześniejszego jej uprasowania, są cienkie rajstopy z mikrofibry. Ubieram Jana, który ma milion innych rzeczy do zrobienia i słuchanie mamy jest ostatnią z nich, zakładam buty i wychodzimy na klatkę, sprintem schodząc ze schodów, gdyż komunikacja miejska ma to do siebie, że nigdy nie czeka. Na nikogo. Prowadzę szmergla do żłobka, połykam łzy, gdyż choć wiem, ze Jasio świetnie się w nim bawi, wolałabym brać go ze sobą wszędzie, bo a nuż coś przegapię, tak jak przegapiłam pierwszą naumianą przez Jasia piosenkę z układem tanecznym w kółeczko. Docieram do pracy…

a w pracy bywa różnie. Chwile „nie wiem, w co ręce włożyć” przeplatają się z tymi w rodzaju „kuźwa, ale nuda”, no ale czegóż można się spodziewać po pracy laboranta, który całe swe życie na etacie, poświęca na obserwację mikroświata. Godzina w laboratorium, druga, trzecia, przerwa na śniadanie, herbata, siku, sprzątanie w laboratorium, odczyty wyników, pora do domu. Spędzam długie chwile na przystanku autobusowym, gdyż rozkopana niczym obszar archeologicznych badań Łódź jest niemal nieprzejezdna w godzinach szczytu. Czekam, czekam, nerwowo tupię w miejscu, czekam, zerkam w kierunku, z którego powinien nadjechać żółtoczerwony autobus i KURDE NIC. Wreszcie przyjeżdża, a ja nareszcie mogę usiąść. To właśnie dlatego nie oceniam młodych, zajmujących miejsca siedzące w komunikacji miejskiej. Utarte schematy, jakoby staruszkom bardziej się należy uważam za wielce niesprawiedliwe. Owszem, miewam odruch ustępowania miejsc siedzących babuniom i dziadziuniom wątłym jak łodyżka, którzy w swej sędziwości niemal uginają się na zmęczonych życiem kolanach, ale absolutnie i nigdy nie ustępuję miejsca babom, które zapitalają niczym taran, miażdżących wypchaną po szwy torebką, które nie cofną się przed niczym, by wyeliminować potencjalnych rywali o miejsce. Uwielbiam ich prychania nad moją głową, psioczenie pod nosem o braku wychowy. Uwielbiam, delektuję się tym, gdyż nienawidzę w ludziach cwaniactwa i bezczelności. Moherowi mówię stanowcze NIE!!!! a po pracy mam prawo odpocząć, choćby to było 20 minut spędzone w drodze powrotnej do domu.

Docieram do zatłoczonego centrum miasta. Spaliny wwiercają się w myśli, świdrują nozdrza, wzmożony ruch na głównych ulicach miasta utrudnia poruszanie się do celu, a ja wbrew wszystkiemu załatwiam po drodze zakupy, odbieram ze żłobka Jacha, który nie znając litości wdrapuje mi się na ręce, każąc nieść się pod same drzwi naszego mieszkania (a to 20 minut drogi od żłobka). Jak to się dzieje, że niosąc zakupy, torebkę i Jasiowe autka daję radę wziąć go na ręce i doczłapać się do celu? Nie wiem, ale dziękuję za każdą chwilę spędzoną z synkiem, nawet wtedy gdy pot spływa mi po karku, a ręce bolą jakbym przerzuciła tonę węgla. Dziś dowiedziałam się, że synek mojej koleżanki jest bardzo chory. Dziewczyna oprócz swojego męża, który zapracowuje się na dwa etaty, nie może liczyć na nikogo. Nie ma rodziców, teściów, kogoś kto pomógłby jej w tej strasznej sytuacji. Całymi dniami jeździ po specjalistach, zawozi na rehabilitację, patrzy jak jej maleństwo cierpi, a każdy nowy dzień wita tą samą nadzieją na przełom w walce o zdrowie i normalność dla jej dziecka. Moje problemy z brakiem dodatkowego kompletu rąk, czy też przygodami z komunikacją miejską są niczym w obliczu tragedii jaka spłynęła na ich rodzinę. Zamiast cieszyć się kolejnymi dniami maleńkości swojego dziecka, przyszło toczyć im walkę o prawidłowy rozwój podstawowych umiejętności, które zdrowym dzieciom przychodzą bez najmniejszego problemu.

Zerkam w kierunku bawiącego się klockami Jasia. Zmęczony spacerem, najedzony naleśnikiem z jabłkiem nuci pod nosem tylko jemu znane słowa wymyślonej przez niego samego piosenki. Przełykam łzy na samą myśl o tym, że mogłabym tego nie usłyszeć.

Chciałam w tym wpisie trochę ponarzekać. Poużalać się nad sobą, opisać jak strasznie mi źle, ale wobec powyższej sytuacji najzwyczajniej w świecie nie wypada mi narzekać. Czymże jest zmaganie się z „trudami” codzienności, które przy wsparciu rodziny są tylko małymi pagórkami do pokonania, w porównaniu z sytuacją, z którą przyszło  mierzyć się znanej mi, młodej mamie? No czym?

…Niczym… Wyłącznie krótkimi chwilami mojej słabości…

drzewa kaczka kaczki kaka karuzela spacer1 spacer2 spacer3 staw układanka wiewiórka wiewóra
kaka3

P.S Sweterek przyszłego fotografa, Jasio dostał od Babi, która przywiozła go wprost z ZAROWEJ kolebki (Hiszpanii).

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Wchodząc w dorosłe życie szybko uświadomiłam sobie, jak wiele związków jest na odległość i jak wiele kobiet wychowują dzieci same – nie dlatego, że facet je opuścił, czy one opuściły faceta ale dlatego, że w tych czasach trzeba za coś żyć a czasami w rodzinnym mieście przeżyć się nie da (Bo pracy brak). Podziwiam wszystkie matki tygodniami samotnie wychowujące dzieci, zajmujące się domem i dodatkowo pracujące. PODZIWIAM! Po prostu!

    • Ja też i naprawdę nigdy nie chciałam stać się jedną z nich :p Niestety los bywa przewrotny, cholernik jeden…