Obecnie, mamy do czynienia z istną burzą mózgów, która swój punkt kulminacyjny osiągnie dnia 24 grudnia, pod naszymi choinkami. To właśnie one, kolorowe pudełka przewiązane różnokształtnymi kokardkami są jednym z najmilszych akcentów zbliżających się Świąt.

Ale mogą też stać się ich największym koszmarem.
Przypominacie sobie swój najgorszy prezent?
Ja pamiętam go bardzo dokładnie. Był to paskudny, gryzący sweter z kamizelką, którego wspomnienie spędza mi sen z powiek po dziś dzień. Szary, bury, w podłużne czarne pasy był zmaterializowaną formą hipotetycznego prezentu, którego nikt z nas nie chciałby otrzymać. Pamiętam, gdy pewnego dnia postanowiłam go założyć. Raz jedyny. Poszłam w nim wtedy do szkoły i żałowałam wyboru garderoby na każdej kolejnej lekcji. Czułam jak włókna angory, penetrują każdy fragment mojego zlanego potem ciała. Nieprzerwane kłucie zamieniło się w końcu w nieznośne swędzenie, które wierciło w moim mózgu myśli spędzenia reszty dnia w bieliźnianej podkoszulce. Do tego ta potworna kamizelka, która stanowiła integralną część wełnianego koszmaru. Zapinana na tragiczny, „złoty” zamek, „przyozdobiony” dyndadełkiem w kształcie serduszka. Co gorsza, zamek wydzielał potworną woń mosiądzu, która przyklejała się do mnie przy każdym zetknięciu tego „cuda” z moją skórą. Musiałam być w tamtym roku bardzo niegrzeczna, skoro Mikołaj (babcia z Torunia) postanowił obdarować mnie tymże pokutnym sweterkiem.
Pewnie oburzę tym co napiszę kilkoro z Was, ale nie jestem głosicielką hasła, że w obdarowywaniu liczy się gest. Jeśli ktoś nie ma pomysłu lub funduszy na gustowny, przydatny lub wymarzony prezent, wolę by nie obdarowywał mnie w cale. Na prawdę, wolę nie dostać nic, niż być uszczęśliwianą  na siłę tragicznym bublem, który i tak następnego dnia po odpakowania trafi do kosza.
Odnoszę wrażenie, że niektórzy kupują innym coś, czego sami nie chcieliby otrzymać. Zdarza się też tak, że stając się ofiarą totalnie nieudanego prezentu, postanawiamy podać go dalej. Niech się inni męczą. To drugie rozwiązanie jest o tyleż niefortunne, że tą właśnie drogą, może zupełnie przypadkiem trafić z powrotem w ręce pomysłowego inaczej Mikołaja.
Przykłady prezentów, których prawdopodobnie nikt nie chciałby otrzymać:
 
Męskie skarpety Ileż można? Zapewne stanowią gwiazdkowy koszmar każdego faceta.
Sweterek ze świątecznym motywem rodem z Bridget Jones Urocze, ale zupełnie niepotrzebne, a do tego wszystkiego na pewno potwornie gryzące (widzicie mam traumę).
Czajnik elektryczny, odkurzacz albo elektryczna myjka do szyb Mało romantyczne i na pewno niewielka grupa kobiet chciałaby to znaleźć pod swoją choinką.
Zabawki erotyczne Wyobrażacie sobie? Kolędy, barszczyk z uszkami, z lewej strony babcia, z drugiej rodzice, a Wy wyciągacie spod choinki różowe, wibrujące DILDO O_o
Krem przeciwzmarszczkowy, balsam na cellulit albo serum wyszczuplające Przykre i nad wyraz szczere, jeśli wiecie o czym mówię…
Żywe prezenty Przygarnięcie pieska czy kotka itp. musi być zawsze przemyślaną i samodzielną decyzją i nikt nie ma prawa decydować za osobę obdarowywaną.
Nieśmiertelne kalesony Ja rozumiem, że trzeba dbać o męża, a zwłaszcza o jego klejnoty rodzinne, ale kalesony to przesada.
Rajstopy no chyba, że Calzedonia :p
 
Gotowe zestawy prezentowe rodem z hipermarketów To takie mało oryginalne. Co druga osoba znajduje to pod choinką.
Bibeloty (kurzojady) No chyba, że obdarowujemy zakochaną w kotkach z porcelany ciocię klocię.
Bielizna wyszczuplająca WTF, że niby ja, że niby za gruba?
Najgorsze są jednak prezenty robione na ostatnią chwilę, całkiem nieprzemyślane i kupione na przysłowiowe „odwal się”. Tych nienawidzę najbardziej, bo najzwyczajniej w świecie mam ochotę nim zadźgać, udusić lub zatłuc „wspaniałomyślnego Mikołaja”. Okropność. Jako idealistka uważam, że prezent powinien być personalizowany czyli od początku do końca zaplanowany i spójny z marzeniami obdarowywanego. Wtedy nawet drobiazg cieszy jak wygrana w Lotto.
zdjęcie: http://www.zoella.co.uk/

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.