Puchate, drożdżowe placuszki chyba na zawsze będą kojarzyły mi się z moją babcią. Pamiętam, gdy jako mała dziewczynka, wchodząc po schodach już na parterze czułam ich cynamonowy aromat. To jedno z najpyszniejszych i najprostszych dań na słodko. Placuszki wymagają chwili cierpliwości, ale smak wynagradza nam trudne oczekiwanie. Poniżej zaprezentuję Wam przepis „po mojemu” z kilkoma modyfikacjami, które pozwoliły mi uzyskać nieprawdopodobną konsystencję ciasta, które niemal rozpływa się w ustach.

Składniki:
1,5 szklanki mleka
2 jajka
5 łyżek melasy
Płaska łyżeczka cynamonu
Pół kostki drożdży (można użyć drożdży suszonych, wówczas dodajemy mniej więcej połowę opakowania)
1/4 kostki roztopionego masła
2 szklanki mąki
Szczypta soli
2 duże, twarde jabłka (np. ligol)
Mleko delikatnie podgrzewamy by było ciepłe, nie gorące. Dodajemy jajka, masło, rozkruszone drożdże, melasę, cynamon i szczyptę soli. Wszystko mieszamy do uzyskania jednorodnej masy i odstawiamy na kilka minut. Gdy w płynie pojawią się bąbelki (to robota drożdży), dodajemy przesianą mąkę i dokładnie mieszamy. Ciasto powinno mieć klejącą i dosyć zwartą konsystencję.
Obrane jabłka ścieramy na dużych oczkach i od razu (by nie ściemniały) dodajemy do ciasta. Mieszamy, miskę z ciachem przykrywamy lnianą ściereczką i odstawiamy na ok. 60 min. w spokojne, ciepłe miejsce.
WSKAZÓWKA: Rozgrzej piekarnik do temperatury 30 stopni i właśnie w tak przygotowanych warunkach, pozwól drożdżom zrobić co do nich należy. Jeśli możesz, zgaś żarówkę w piekarniku, drożdże uwielbiają romantyczny nastrój. Wtedy mnożą się jak szalone :p
Po tym czasie, smażymy placuszki na sporej ilości oleju, ale rób to na wolnym ogniu. Wtedy racuchy rosną pod sam sufit i stają się puszyste jak poduchy. Po usmażeniu odsączajmy nadmiar tłuszczu na papierowych ręcznikach i serwujmy gorące lub zimne, posypane cukrem pudrem, polane miodem lub całkiem soute.
Smacznego 🙂

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • mmmm, pychota. Ja dzisiaj robiłam racuchy z twarogiem – super!