Radio e-rewań odpowiada

Pomysłowi blogerzy znają tę metodę od dawna: trzeba stworzyć problem, a następnie udzielić cennych rad. Kłopot jedynie w tym, że czasami ów problem tworzony jest byle jak i na kilometr widać, że powstał jedynie w blogerskiej głowie. I wychodzi „obciach”.
Nikt nie lubi Twojej strony? To się może szybko zmienić. I nie kosztować ani złotówki… Rozwiązanie jest tutaj.

Od dawna śmieszy mnie pewien bloger, który utrzymuje, że ileś czytelniczek wali do niego drzwiami i oknami, zasypując go pytaniami typu „jak najlepiej zwalczyć grzybicę pochwy” albo „czy lepsze są tampony, czy podpaski”. Bloger ten oczywiście nie jest ekspertem w żadnej z tych dziedzin, ale – skutecznie lub nie – kreuje się na alfę i omegę wszechrzeczy. Pewnie są tacy, którzy mu przy tym wierzą.

I znajduje coraz więcej naśladowców, tyle, że robiących to samo dużo gorzej niż on. Ci dzielą się na dwie kategorie: jedni posługują się metodą „otrzymuję sporo maili z pytaniami, czy / jak” etc., drudzy z kolei wymyślają historyjki typu „wczoraj zadzwonił(a) do mnie X z pytaniem…”. Potem zdradzają czytelnikom, jakich to światłych rad udzielili przez telefon, uwalniając świat od kolejnego dylematu lub starając się zapoczątkować dyskusję na jego temat.

Oczywiście, tak też można robić, ale z głową!
Blondynka z zestawem słuchawkowym na głowie udziela porady

Fot. Benjamin Thorn / pixelio.de

Oto na przykład pewna sympatyczna i kreatywna blogerka opisuje, jak to zadzwoniła do niej „dawno nie widziana i nie słyszana kumpela”, że by się poradzić, bo niestety, ale przytrafiła jej się chwila słabości, której efektem jest ciąża. No i kłopot, bo owa kumpela ma męża – co teraz? Blogerka oczywiście rozprawia się bezkompromisowo z zagadnieniem niewierności, po czym udziela jakiejś-tam porady. Tknięty podejrzeniem, biorę jej wpis na warsztat i zaczynam od obrazka, którym go zilustrowała. Google nie pozostawia żadnych wątpliwości: obrazek ten znajduje się na co najmniej kilkudziesięciu innych stronach, z czego większość to …blogi i serwisy z poradami dla zdradzających, zdradzanych, zapładniających i zapłodnionych. Od razu widać, że prawdziwe źródło inspiracji tej blogerki to właśnie któraś z tych witryn, a nie kumpela.

Może nie byłbym nawet taki podejrzliwy, gdyby nie drobiazg: otóż jakoś mało jestem skłonny uwierzyć, by akurat ktoś dawno nie widziany i nie słyszany meldował się telefonicznie i przez telefon dzielił się tak intymnym problemem. Mniej podejrzeń wzbudziłaby chociażby najbliższa przyjaciółka, która poprosiła o pilne spotkanie w cztery oczy. Niby nic, a czyni różnicę: wymyślając scenariusze warto zadbać o ich realizm.

Skąd się to wszystko bierze? No cóż, nie ulega wątpliwości, że największe wzięcie w blogach mają wpisy, zawierające lepsze lub gorsze recepty, pomysły czy rozwiązania problemów. Blogerzy, chcący wypowiedzieć się na jakiś temat, zaprezentować własne metody rozprawienia się z danym zagadnieniem, szukają pretekstu, zwłaszcza, gdy nie są rzeczywistymi ekspertami w danej dziedzinie. No i wychodzi, co wychodzi. A czy da się inaczej?

Oczywiście. Pretekstem do takiego wpisu może być przeczytana książka, obejrzany film, dyskusja na jakimś forum lub w komentarzach do jakiegoś, choćby nie wymienionego artykułu na czyimś blogu. I zacząć można tak:

Oglądałam wczoraj film, którego bohaterka…
Jestem pod wrażeniem dyskusji na pewnym forum, gdzie…
To niezwykłe, ale są ludzie, którzy…
Zastanawiałam się wczoraj, co bym zrobiła, gdyby…
Opowiedziano mi niedawno historię pewnej dziewczyny, która…

etc.

Zaletą tego rozwiązania jest nie tylko większy realizm całego wpisu, ale i fakt, że możemy się na dany temat wypowiedzieć bez konieczności kreowania się na Radio Erewań, do którego wciąż dzwonią słuchacze i pytają, pytają… Nasz pomysł na rozwiązanie danego problemu oferujemy jako my, a nie jako „wybitny fachowiec w dziedzinie” (co nie znaczy, że za takiego fachowca nie zostaniemy z czasem uznani, jeśli porady są rzeczywiście mądre i fachowe). No i nie narazimy się na skojarzenie z prymitywnymi reklamami telewizyjnymi typu „pacjenci codziennie pytają mnie, jaka pasta do zębów jest najlepsza”. A tym samym – na utratę wiarygodności, dla niejednego blogu zabójczą.