Trafił do nas zupełnie przypadkowo, uderzył jak grom z jasnego nieba i tak samo niepostrzeżenie stał się najlepszym przyjacielem mojego dziecka, które pokochało go miłością tak wielką, że to jego imię było jego pierwszym, świadomie wypowiedzianym słowem.

Na pierwszy rzut oka, ten niewinny kawałek kolorowego plastyku, ozdobiony uroczym wzorkiem z pingwinkiem (choć wzorów było tyle, że nawet nie zliczę), nie mógł przecież zbytnio namieszać w naszym życiu. W rzeczywistości stało się inaczej. Przytwierdzony do obudowy gumowy cypek, którego ciućkanie daje memu dziecku uczucie prawdziwej Nirvany, to praźródło wszelkiego zła, które dzieje się w naszym domu. Smok, bo o nim mowa, towarzyszy Jasiowi od pierwszego dnia życia, kiedy to położne na porodówce, kierowane dobrym sercem dla styranej wielogodzinnym porodem matki, włożyły go w rozdartą „japkę” mojego brzdąca. Nie wiedziałam wówczas, że dusza mojego noworodka została zaprzedana smokowi, który zamiast ziać ogniem, stanowił będzie atrybut, bez którego życie będzie dla Jasia czymś absolutnie nie do pomyślenia.

 

Całość dopełnia fakt, że Jaś smokoholizmem został obciążony po matce. Badania amerykańskich naukowców z 1967 roku dowodzą, że za dziedziczenie smokoholizmu, odpowiedzialna jest mutacja w parze dwóch zasad w genie Didii1, kodującym podjednostkę receptora GABA w mózgu. Mutacja w powyżej wymienionym genie, powoduje że receptor GABA aktywuje się samoistnie, a już w szczególności na widok uwielbianego bodźca (smoka). Najwyraźniej widoczne jest to w rejonie mózgu, odpowiadającym za kontrolowanie przyjemnych uczuć – układzie nagrody. To stąd właśnie smok, stanowi niekończące się źródło, nieziemskiej przyjemności.

 

Jako Anonimowa Smokoholiczka (AS), długo nie mogłam uporać się z nałogiem, co wiązało się z ogromną dawką stresu serwowanego moim rodzicom. To właśnie mama z tatą poszukiwali pomocy u największych specjalistów z tej dziedziny. Próbowali wszystkiego, począwszy od akupunktury na hipnozie skończywszy. Wszystko to, a i wiele więcej było nieskuteczne, a ja niezmiennie przyssana do smoka, bardziej niż brzdąca przypominałam wiecznie nienażartego glonojada, bez przerwy przyklejonego do ścianki domowego akwarium. Nie pomogły konsultacje u światowej sławy dydologa, prof. Dydysława Gumy, który wraz z grupą naukowców stworzył skuteczną w prawie 100 procentach terapię. Chyba nie muszę zdradzać dzięki komu terapia była prawie 100 procentową?

Smoczek – Lovi
Smycz ToGo – Lullalove

 

Nadszedł piękny, nie pamiętam czy słoneczny dzień. Za oknem śpiewały ptaki, a moi rodzice rzutem na taśmę, postawili wszystko na jedną kartę.
– Gdzie jest dyd? – spytałam głosem słodkim jak sacharyna
– Nie ma Aniu, ptaszki zabrały – odrzekła mama (a może tata) głosem drżącym jak dłonie w delirium tremens. Rodzice spodziewali się histerii, dramatu, greckiej tragedii, tymczasem usłyszeli wyrozumiałe…
– Acha… i w tymże momencie problem dyda zniknął, przepadł w odmętach pamięci by powrócić w monstrualnej formie, przyowdzianej w słodkie ciałko mojego Okruszka. Jasio przerósł mistrza, a potrzeba dydania urosła w jego przypadku do rangi fizjologicznej.

 

Gdyby nie „didi”, zapomniałabym o nocnych pobudkach, gdyż te zdarzają się niemal tylko wtedy, gdy „didi” zaginie w jasiowej pościeli. Mój mały cwaniak opracował w tej kwestii pewną (niestety zawodną) strategię. Śpi z dwoma smokami, z czego jeden trzyma w buzi, a drugi asekuracyjnie w rączce. Co więcej, didi jest lekarstwem na całe zło. Gdy maluch zrobi „bach” nie woła mamy, woła „didi”, gdy ma zły humor, to „didi” jest jedynym, skutecznym rozweselaczem, a gdy pora spać, bez gumiaka ani rusz. Pod choinką, najbardziej udanym prezentem były nowe smoki, które babcia kupiła Jasiowi zamiast cukierków, a sam „didi” stanowi nieodłączny atrybut, który musi być przynajmniej w zasięgu wzroku małego dydoholika.

 

Zastanawiacie się pewnie czy próbowałam technik odsmokowywania? Póki co czekam na wiosnę, kiedy historia zatoczy koło i specjalnie wytresowane ptaszki do zadań specjalnych, porwą także jaśkowe smoki.
Porada dla ptaszków, WEŹCIE WALIZKĘ…

 

PS Powyższy tekst jest absolutnie niemerytoryczny, a zaprezentowane hipotetyczne wyniki badań, są wyłącznie wytworem wyobraźni autorki.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.