Pamiętam siebie, jako małą dziewczynkę pląsającą w dwuczęściowej sukience z kołnierzykiem. Miała śliczną falbankę przy kwietnej spódniczce. Pamiętam jej perłowy guziczek zapinany na karku, który był wówczas wyjątkowo niefortunny dla mych niezgrabnych jeszcze łapek.

Pamiętam lakierkowe buciki z kokardką w złote kropki, które od wielu miesięcy
spijały mi sen z powiek, a które z całą stanowczością mama omijała
szerokim łukiem. Pamiętam łzy szczęścia, gdy buciki kupiła mi babcia, a potem łzy bólu od zdartych od obtarcia pięt, które po kilkunastu minutach spędzonych w wymarzonych bucikach zamieniły się w sączącą się ranę. Mama była i jest od posiadania racji, babcia była tą, która pomimo skromnego budżetu spełniała wszystkie moje zachcianki. Kochana.
Pamiętam niebieską sukienkę, którą zobaczyłam na wystawie sklepu. Wyjątkowo ohydną. Całą w falbanach, plisach i gryzących skórę aplikacjach, udających ręczne hafty. Mama nie chciała o niej słyszeć, paskudna, niewygodna, w wyjątkowo złym guście. Babcia kupiła ją wbrew całej powyższej charakterystyce. Bo jej wnuczka o tym marzyła.
Były też pomylone trampki w czerwoną kratę. Najdziwniejsze buty jakie mogłam mieć. Niezgrabne, niewygodne, na grubej topornej, gumowej koturnie, które babcia kupiła mi od razu, gdy tylko zobaczyła me świetliste niczym kot ze Shreka oczy. Choć kota ze Shreka nie znała.
Było też jedno z mych największych marzeń. Baloniki z helem, na których punkcie miałam totalnego świra, a które długo pozostawały wyłącznie w sferze słodkich obiektów chęci posiadania. Pragmatyczni rodzice uważali je za kurzojady, którymi pocieszę się przez chwilę, powieszę pod sufitem i zapomnę o ich istnieniu lub co gorsza, znalazłwszy nowy, większy, bardziej kolorowy, będę naciągała ich na następny. Bo troszkę rozpieszczana to ja byłam. W końcu jedynaczka. Pamiętam spacer po parku, w trakcie którego oznajmiłam rodzicom, że gdy będę dorosła, wypełnię sobie balonami cały, wielki pokój. Marzenia nie zrealizowałam, ale przekazałam w genie synkowi, który za „helowcami” przepada, przez co, co jakiś czas zaopatruję go w jakiegoś kolorowego kurzozbieracza.
Pamiętam telewizyjną reklamę upragnionej słonecznej Barbie. Wspomnienia wróciły ze zdwojona siłą, gdy bez trudu odnalazłam jej zdjęcie w sieci. Była piękna, a jej cena stanowczo przewyższała możliwości przeciętnie zamożnej rodziny na dorobku. Pamiętam powrót z przedszkola. Na klatce schodowej, tuż przy drzwiach do mojego mieszkania stał „prawdziwy” Święty Mikołaj uzbrojony w wielgachny worek z prezentami. Jak się okazało, wszystkie prezenty były wyłącznie dla mnie, a wśród nich Barbie, w której zakochałam się z telewizyjnych reklam.
Dorastałam, a wraz ze mną dorastały moje pragnienia. Były wśród nich białe wrotki z kolorowymi sznurówkami, które szybko przeistoczyły się w marzenia o prawdziwych rolkach, które oczywiście dostałam wraz z całym kompletem oryginalnych ochraniaczy. Była jeansowa kurtka znanej firmy, która jedna kosztowała tyle co połowa mojej szafy. Były Simsy wraz z całym arsenałem dodatków do nich. Gra, do której sięgałabym po dziś dzień gdyby czas mi na to pozwolił. Był laptop, rower, wypatrzony komplet klocków Lego i mnóstwo innych małych i wielkich marzeń, których spełnianie uczyniło moje dzieciństwo wyjątkowo szczęśliwym i udanym.
„Dobra materialne szczęścia  nie dają”, powie pewnie spora część czytelników. A i owszem, ponieważ jako dziecko kochających rodziców, którzy dbali o to, abym zawsze była świadoma tego jak wielkim jestem dla nich skarbem, spełniane przez nich zachcianki, były kropką nad i mojego udanego dzieciństwa. Co więcej, sama powielam ów schemat i jako mama, która bez ograniczeń okazuje synkowi miłość kilkaset razy w ciągu każdego dnia, uwielbiam uczucie gdy mogę mu coś kupić, podarować. Uwielbiam widzieć rysującą się fascynację na jego buzi, chęć poznania nowej rzeczy i szczęście z trafionego w samo sedno zakupu. Czy boję się, że rozpieszczę? Nigdy w życiu, gdyż jestem żywym przykładem dziecka, które mając wszystko wyrosło na ludzi. Nie jestem chytra, lubię dzielić się i pomagać. Lubię cieszyć się szczęściem innych, a już w szczególności gdy tych innych zaliczam do grona swoich najbliższych, bliskich lub dalszych. Myślę, że nadmierne ograniczenia niosą ze sobą większe ryzyko wychowania dorosłego, który nie zaznawszy słodkiego uczucia posiadania regularnie spełnianych marzeń wyrośnie na niezadowolonego ze swojego życia frustrata, który za wszelką cenę będzie dążył do zaspokojenia swojego dziecięcego niezaspokojenia małymi rzeczami.  Nie namawiam do skrajności, ale warto czasem zapomnieć o rozsądku, problemach finansowych itp. przyziemnościach, by wzbić dziecięcą radość na wyżyny za sprawą kilku, a może kilkunastu przyjemności więcej, niż nam się to rozsądnie wydaje.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Podoba mi się ten wpis 🙂 ja miałam podobnie, może nie miałam wszystkie co zapragnęłam, bo rodziców nie zawsze było stać i na dodatek mam dwie młodsze siostry, ale jak tylko dało się coś odłozyć to rodzice kupowali to o czym marzyłyśmy. Nie ukrywam że moja najmłodsza siostra miała się najlepiej 😉 ja moim dziecio też chcę uchylić nieba i w miarę możliwości spełniamy te ich marzenia 🙂

  • Wspaniały wpis, ilu ludzi tyle historii

  • fajne marzenia 🙂