Cóż wiele mówić? Przytyłam, przybyło mnie trochę i źle się z tym czuję. Myślałam, że zrzucę, ot tak, jak zawsze, ale po ciąży wszystko w tej kwestii idzie jak po gruzie. Ale od początku. Przez 9 miesięcy „brzuchonoszenia” przytyłam ok. 13 kg. To niemal książkowo, zwłaszcza że moje maleństwo po wyjściu na świat ważyło 3,8 kg. W ciąży wbrew stereotypowi nie miałam zachcianek. Jadłam tyle co zawsze, jedynie moje owocowe napady, mogę zaliczyć do czegoś ponad standardowego. Wcinałam pomarańcze, truskawy i borówkę amerykańską, ale przecież to dobrze. To zdrowo. Być może dzięki sporej ilości pochłanianej witaminy C, nie miałam żadnych problemów, a wyniki moich badań były na prawdę bardzo zadowalające.

Rada: Jeśli jesteś mamą w ciąży pamiętaj, witamina C zwiększa przyswajanie żelaza, zatem śmiało wsuwaj wszystkie owoce i warzywa obfitujące w tą cudowną witaminę.

Niestety wbrew oczekiwaniom, po porodzie moje nadprogramowe kilogramy cudownie nie wyparowały i są ze mną po dziś dzień. Mimo, że trudno nazwać mój tryb życia siedzącym, bo przy maluszku na brak ruchu narzekać nie mogę, to jednak coś w moim organizmie się zablokowało. Internet kipi od dobrych rad w stylu dieta cud, schudnij w pięć minut, jedzcie kapustę nie będziecie tłuste. Niestety jako istota dość trzeźwo myśląca, opierając się na swych doświadczeniach z młodości (bo teraz już stara :p jestem) wiem, że w dietach tych jedynym cudownym jest spektakularny efekt jojo. Nie ukrywam brak mi już cierpliwości, a odbicie w lustrze nieco mi obrzydło. Większość ulubionych ubrań czeka na chwilę, gdy powrócę do dawnej formy, jednak ta nadchodzi żółwimi krokami.

Próbowałam cudotwórczej Chodakowskiej, ale w czterech ścianach brak mi motywacji. Po całym dniu spędzonym na bieganiu wokół mojej niespełna 8 miesięcznej latorośli, jedyne o czym myślę wieczorem, gdy wspomniany pójdzie wreszcie spać, to odpoczynek, film z mężem i zaplątanie się w koc na naszej przytulnej kanapie. W końcu ćwiczę od samego rana: podnoszenie ciężarów (niezliczona ilość serii) często z podrzutem, skłony do po stokroć upuszczanej zabawki (on to chyba robi specjalnie), podskoki, które rozśmieszają Jasia do łez, tańce hulańce z ciężarkiem w ramionach, curling z żelazkiem, odkurzanie, latanie z mopem itp. itd. Trening siłowy, intensywny i wyczerpujący, a mimo to wyhodowana oponka, tam gdzie była tam jest, tyłek w rozmiarze Large się rozpanoszył i jedyne co znikło po ciąży, to dwa atrybuty, które akurat mogły zostać. To nie fair 🙁

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Normalnie… aż mnie ucieszył Twój wpis (wybacz, że to piszę). No, ale mam to samo co Ty i już myślałam, że to ze mną coś nie teges,a tu widzę, że nie tylko ja mam taką blokadę.

    • O to super, że jest ktoś kto ma to samo, bo z kolei ja myślałam, że we mnie się coś zepsuło :p

  • Smutna prawda…Ja też staram sie ruszać, spacerować i nie objadać a mimo to dodatkowe kilogramy trzymają się mnie już 3 rok;/