Nie chodzę do kościoła, nie czytam dziecku Biblii, nie uczę go paciorka i prawdopodobnie nie nauczę go wiary w Boga, bo sama w niego nie wierzę. Mimo to, każdego roku wyczekuję świąt, które pomimo braku duchowego charakteru są dla mnie okresem magicznym i uwielbianym właśnie w tej formie, w jakiej je sobie wykreowałam.

Po co celebrować święta, nie wierząc w Boga?

Dla przyjemności, dla chwil spędzonych w gronie rodzinnym, dla magicznej atmosfery i przede wszystkim dla synka. Nie chciałabym odebrać Jankowi przyjemności ubierania choinki, wspólnego pieczenia pierniczków i odpakowywania podchoinkowych prezentów. Nie chciałabym odebrać mu radości jaką sama odczuwałam czując świąteczne przygotowania w moim domu. Zapachu ciast, smaku kapusty czy wspólnego składania sobie życzeń przed kolacją wigilijną. Zamiast kolęd śpiewamy „zagramaniczne” piosenki w typie „last Christasmas”, a wszystko wygląda u mnie prawie tak samo jak w każdym wierzącym domu, z tą tylko różnicą, że dla mnie święta pozbawione są duchowego uniesienia. Nie idziemy na pasterkę, nie uczestniczymy w świątecznych mszach, nie przyjmujemy księdza po kolędzie i nie rozprawiamy przy stole wigilijnym na temat celowości sprowadzania na świat syna bożego, który w dalszej części historii odda życie w imię wyższych celów, których między nami nigdy nie potrafiłam zrozumieć. No cóż mało mistyczna i nad wyraz racjonalna ze mnie istota, dlatego rodzące się w mej głowie wątpliwości wykiełkowały, dając plon totalnego niezrozumienia sytuacji, która objawiła się definitywnym zerwaniem z duchowością.

Święta są dla nas dniami świątecznej celebracji naszej rodziny, w trakcie których odpoczywamy, zajadamy pyszne potrawy, zagryzamy sernikiem i cieszymy się swoją obecnością. Odpoczywamy i delektujemy się specyficzną atmosferą tych kilku dni w roku, w których wszyscy ludzie zdają się być lub nawet stają się lepszymi ludźmi.

Jestem hipokrytką?

Niekoniecznie, gdyż hipokrytą jest dla mnie ten, kto regularnie przekraczając drzwi kościoła poza nim jest najzwyczajniej złym człowiekiem. Ten, który pod woalem swej duchowości manifestującej się wznoszeniem modłów najczęściej wyłącznie w swojej sprawie, bez mrugnięcia okiem obmawia, krzywdzi, okrada, oszukuje, a potem ponownie modli się, naiwnie myśląc, że przez to jest kimś lepszym niż jest w rzeczywistości.

Wychowując w ten sposób syna, wychowam ateistę

Albo i nie, gdyż większość moich bliskich to ludzie wierzący. Jako dziecko chodziłam do kościoła, śpiewałam w chórze, uczęszczałam na zajęcia religii i pomimo tego, pewnego dnia doszłam do wniosku, że moja wizja postrzegania dobra, śmierci, kary, cielesności, itp. jest całkowicie odmienna od tego co słyszałam z ambony czy gardła dość specyficznej katechetki. Zaczęłam widzieć obłudę, na którą jako istota myśląca nie mogłam być ślepa i spotykałam ludzi, którzy pomimo swej pozornej duchowości byli skurwysynami jakich mało. Co więcej, dzięki swemu zaangażowaniu w sprawy kościoła (wiecie o jakie sprawy chodzi?) ich postawy były wybielane, a przez zaślepione słowami księdza otoczenie były postrzegane jako wzór cnót i postaw godnych naśladowania. Ohyda.

Nie generalizuję, bo pewnie wśród ludzi głęboko wierzących jest też od groma osób zasługujących na wszelkie pochwały tyle, że ja nie miałam okazji spotkać ich na swojej drodze. Sprzeczność między tym kim starali się być, a tym kim byli w rzeczywistości była tak porażająca, że wyrobiłam sobie na ten temat zdanie, które póki co trudno będzie mi zmienić. Ukształtowałam też w sobie postawę absolutnej tolerancji dla religijnego światopoglądu moich znajomych, pod warunkiem że ci nie będą starali się mnie przekonywać do swojego zdania, które szanuję, ale które samo w sobie kłóci się z tym co sama praktykuję.

Wracając do świąt

Niech będzie, że w moim domu są one czymś w rodzaju telewizyjnej reklamy popularnego napoju na c. Przesycone czerwonym kombinezonem z pomponami pana ze sporą nadwagą, którego wizerunek notabene stworzyli marketingowcy od tegoż właśnie napoju, z upstrzoną choinką z dyskotekowymi lampkami, bez opłatka, ale ze szczerymi życzeniami, ciepłem i ogromną miłością, której śmiem twierdzić często brakuje w nawet najbardziej wierzących domach. Są to święta po mojemu, po naszemu, dla nas i dla najbliższych i nikt nie ma prawa spłycać ich tylko dlatego, że zamiast wierzyć nie wierzę i zamiast śpiewać pieśni chwalące Boże Narodzenie, wolę podśpiewywać pod nosem słowa skierowane do tych, których kocham, a którzy są ze mną i dla mnie tuż obok, tu i teraz.

W powszechnej świadomości istnieje mit osoby niewierzącej jako takiej, która z racji swojego „duchowego” wyboru wystrzega się wszystkiego co boskie. A ja we współczesnych celebracjach grudniowych świąt widzę więcej przyziemności niż wspomnianej wzniosłości właśnie.  Wiele obrządków towarzyszących świętom wywodzi się z pogaństwa. Taka choinka, np. to tradycja pogańska, która miała charakter magicznego rytuału, który zgodnie z wierzeniami miał zapewnić domownikom bezpieczeństwo, szczęście, dostatek i zdrowie. Zawieszane na niej dekoracje, stanowiły swoisty rodzaj talizmanu chroniącego dom przed złymi duchami. Pewne kontrowersje związane są także z praktyką wkładania pod obrus sianka, który to zwyczaj wywodzi się od Słowian (pogan), dla których siano było ofiarą dla bożka Ziemiennika. Podchodząc do świąt w ten właśnie sposób, to żarliwi katolicy, powinni poważnie zastanowić się nad praktykowaną celebracją. Doszliby wówczas do wniosku, że praktykują obrządki, które z tradycją Bożego Narodzenia mają niewiele wspólnego. Że mnóstwo w nich komercyjnych naleciałości, które na przestrzeni lat przylgnęły do świąt zmieniając ich charakter, przysłaniając nieco ich wzniosły dla Chrześcijan sens. Gdyby nie fakt ich uczestnictwa we mszy, tradycja szopki i dzielenia się opłatkiem w takt nucących kolędy tradycyjnych chórów, ich święta byłyby niemal tymi samymi „płytkimi” i przyziemnymi świętami, które obchodzę w swoich czterech  ścianach.

I cieszę się, że znalazłam faceta, który choć w tym względzie podziela moje zdanie w 100 procentach 🙂

Nie ważne w jakiego i czy w jakiegokolwiek Boga wierzysz. Nie ważne jak i czy w ogóle obchodzisz święta. Ważne jakim jesteś człowiekiem, czy potrafisz myśleć, a Twoja egzystencja nie jest tylko owczym pędem za tym co wpojono Ci kiedyś, wbrew Twym własnym przekonaniom.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.