Kochana Mamo, we wpisie tym chciałam oddać Ci pokłony po same kostki. Będąc dzieckiem mamy perfekcjonistki, która prasuje pościel z kory i gumki od majtek, wiedziałam że wyrosnę na miniaturę prawdziwej (nie telewizyjnej) perfekcyjnej Pani Domu. Organizacja Świąt, w ogóle cała ta domowa krzątanina: sprzątanie, pranie, prasowanie itp. to niekończąca się opowieść. Mąż zawsze będzie brudził i gniótł koszule, w domu zawsze pojawiać się będę kurzowe koty, a Jaś jako maluszek jeszcze długo będzie musiał być przebierany kilka razy dziennie.

Dziś jednak o minionych niczym błyskawica świętach.

Tegoroczne przygotowania były trudniejsze niż zwykle, choć i do tej pory łatwo nie było. Mój kochany, prawie półroczny pisklak nie radził sobie z faktem, iż jego mama więcej czasu poświęca wypiekowi pierniczków niż jemu samemu. Do tego zapachy unoszące się wkoło małego noska, świdrowały maleńkie zmysły w nieprzyjemny dla Niego sposób. Przez to Jaś bywał marudny i nieco męczący. Przedświąteczne sprzątanie, zakupy (wielkie buziaki dla najcudowniejszej cioci Asi bez której zakupy nie doszły by do skutku) i dekorowanie mieszkania, dały mi popalić do tego stopnia, że po dziś dzień plecy bolą mnie w miejscach, o których istnieniu nie miałam pojęcia.
Pomimo ekstremalnego zmęczenia postanowiłam, że pierwsze Święta mojego synka będą piękne i prawdziwie magiczne i to wbrew wszelkim przeciwnościom losu. Przepracowany mąż, pracujący po 20 godzin dziennie, remont na klatce, dzięki któremu kurz zastępował i zastępuje nam śnieg we własnym przedpokoju czy muchy w nosie mojego Stworka, nie pokrzyżowały mi planów i już dziś stwierdzam, że moje starania nie poszły na marne. To właśnie w tym roku zrobiłam najlepsze w swoim życiu pierogi i uszka, tradycyjny barszcz czerwony z monstrualnej ilości buraczków, czy kulebiaka z łososiem, którego smak przyjemnie muskał kubki smakowe moich najbliższych. To właśnie w tym roku ubraliśmy pierwszą w naszym nowym mieszkaniu, prawdziwą, pachnącą choinkę i to właśnie w tym roku po raz pierwszy upiekłam prawdziwe, dojrzewające 6 tygodni pierniczki, których smak mógłby stanowić konkurencję dla słynnych pierników z Torunia.
Niestety z braku czasu, nie udało mi się sfotografować gotowych, ozdobionych pomarańczowym lukrem ciasteczek (tak szybko znikały). Część z nich (w wersji nieozdobionej), co możecie zaobserwować na zdjęciu powyżej, powiesiłam na swojej choince. Uwielbiam własnoręcznie wykonane ozdoby, mają w sobie tę świąteczną magię, którą uwielbiam i na którą czekam każdego roku z wypiekami na twarzy.
Naszą pierwszą wigilię we troje spędziliśmy u rodziców mojego męża. To właśnie tam Jaś po raz pierwszy uczestniczył w rozpakowywaniu prezentów, składnaniu życzeń itp. Z wielkim zaciekawieniem przyglądał się także tradycyjnym potrawom wigilijnym, sam racząc się swoim dzidziusiowym łososiem ze słoiczka :p Pierwsza gwiazdka mojego Synka była niezwykle hojna i pozostawiła pod choinką na prawdę przecudne prezenty. Poniżej prezentuję tylko część z nich, którymi ja i oczywiście mój Jasiek jesteśmy wprost zachwyceni. Babciowie i dziadkowie dziękujemy!!!!
Śpiewający nocniczek, prezent na przyszłość oraz merdający noskiem Misio, który od razu zdobył Jasiowe serduszko to prezenty od Dziadków ze strony taty.

 

Pianinko do kopania, zapas dzidziusiowych smakołyków, ciuszki oraz przecudne misiowe ciapki to prezenty od Dziadziów od strony Mamy, czyli moich kochanych rodziców.
Drugi dzień Świąt upłynął nam pod znakiem rodzinnych odwiedzin. Przyjechali do nas moi rodzice oraz moja babcia, która pomimo bycia jak sama mówi babcią do kwadratu (prababcią) wygląda i czuje się świetnie.
Po męczących przygotowaniach, nasze pierwsze wspólne Święta stały się kolejnym wydarzeniem na kartach naszej rodzinnej historii, które wkrótce będę wspominać z rozrzewnieniem na twarzy. Wielogodzinne sprzątanie, godziny spędzone w kuchni, spuchnięte i obolałe nogi oraz nieprzespane noce, stają się niczym wobec wszystkich tych cudownych chwil, które zaowocowały w mej głowie bezcennymi wspomnieniami.
Mam nadzieję, że Wasze Święta były równie urocze i te trzy jakże krótkie dni wynagrodziły Wam cały rok oczekiwania na ich przyjście.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.