Jestem zdeklarowaną ateistką. Nie chodzę do kościoła, nie święcę dni świętych, nie modlę się, w domu nie mam krzyża, księdza nie przyjmuję, a całą instytucję kościelną traktuję wyłącznie jako zło konieczne, z którym przyszło mi żyć i zmagać się na co dzień. Ale szanuję! Szanuję tych, którzy do życia podchodzą odwrotnie. Nie nazwę ich głupcami, nie obrzucę błotem na ulicy i nie wyśmieję, gdy tłumnie gromadzą się w miejscach swojego kultu. Wręcz przeciwnie, podziwiam że pomimo braku jakichkolwiek dowodów boskiego istnienia potrafią oddać się wierze i znaleźć w niej sposób na swoje jestestwo. Pomimo wszystko… 

Obraża mnie jednak brak wzajemności, bo to ja jako „bezbożnica” jestem dla wielu gorszym człowiekiem. Dlaczego? Czy krzywdzi kogoś moja niewiara? Dlaczego wątpliwości, które wykiełkowały w mej głowie plonem braku zgody na wewnętrzną wiarę, są dla kogoś czymś co sprawia, że potrafi mnie za to znienawidzić? Wierzący, to przecież w założeniu człowiek dobrotliwy, żyjący w imię dobrej idei, a nie człowiek przepełniony nienawiścią do wszelkiej odmienności, wyzuty z tolerancji i szeroko pojmowanego szacunku do swych bliźnich. Ludzi takich jak on. Bo różni nas symbol i doprawdy nie pojmuję, jak wiara może wywoływać w ludziach tak skrajne emocje, skoro z samego założenia powstała po to by ludziom pomagać. Pomagać wierzyć w siłę, która pociąga za sznurki, wiara w głębszy sens naszego ziemskiego i pozaziemskiego istnienia.

Dla mnie sensem jest tu i teraz,

dla innych, to co będzie po śmierci. Jeszcze dla innych, to co w drugim i kolejnych ich życiach. I co z tego? Skąd wiadomo, który Bóg jest lepszy? Ten z grubym brzuchem, brodą czy Trójcą Świętych? Czyż wszyscy oni nie wymagają od ludzi właściwie tego samego?

Dekalog

Spośród 10 przykazań, przestrzegam dla mnie najważniejszych, związanych z egzystencją w otaczającym nas świecie. Trzy pierwsze, nie mają dla mnie większego znaczenia, gdyż nie wnoszą w człowieczeństwo nic z wyjątkiem pewnego rodzaju obrządku związanego z kultem wyznawanego Boga. Ważniejsza jest dla mnie dobroć i poszanowanie w stosunku do drugiego człowieka, niż pilnowanie świąt, niedziel itp. Tymczasem, w dzisiejszych czasach mamy do czynienia z przeświadczeniem, że „wiara”, celowo ujęta w nawias, jest sposobem na rozgrzeszenie z wszystkiego co człowiek ma za swoimi uszami; „oszukam, zdradzę, pomówię, zbesztam… to nic, pójdę do księdza, odprawię pokutę i pozamiatane”. I to tego typu postawę miał na myśli Papież Franciszek wypowiadając cytowane poniżej, potępione przez kościół słowa, słowa.

„Pytasz mnie, czy Bóg chrześcijan przebacza tym, którzy nie wierzą i którzy nie szukają wiary. Zacznę od stwierdzenia – i to jest podstawowa rzecz – że miłosierdzie Boga nie ma granic jeśli podchodzi się się do niego ze szczerym skruszonym sercem. Problemem dla tych, którzy nie wierzą w Boga jest to, aby przestrzegali swojego sumienia. Grzech, nawet dla tych, którzy nie mają w sobie wiary, istnieje wtedy, gdy ludzie gwałcą swoje sumienie.”

Sama wiara bez uczynków jest niczym, dlatego bardziej od wiary cenię uczynki. Demony z tego co mi wiadomo, też wierzyły w Boga, czy są zatem lepsze od tych, którzy choć nie wierzą, to żyją tak by można było o nich powiedzieć, że są dobrymi ludźmi? Najważniejszy jest rozsądek, bo w przeciwnym razie wiara w Boga przemienia się w potworną formę, która bardziej niż dobrem zieje nienawiścią, pobudzając w ludziach najgorsze instynkty. Hipokryzja i wycieranie Bogiem tyłka, to sposób na życie ogromnej liczby współczesnych „chrześcijan”. Znam przypadek człowieka, który regularnie okradał sąsiedzką komórkę, gdzie matki trzymały wózki, dzieci rowerki i tym podobne przedmioty. Ten sam człowiek wydzierał z gardeł staruszek niewyobrażalne sumy pieniędzy za, tzw. sąsiedzką przysługę, jego pies szczał na klatkę, a w przeszłości regularnie „prał” swoją żonę, która urodziła mu trójkę dzieci. Nieważne!!! ŁAZI na mszę, posyła dzieci do sakramentów, a w mniemaniu proboszcza jest tak „świętojebliwy”, że zasługuje na reprezentatywną funkcję niesienia krzyża podczas drogi krzyżowej. To sprawiedliwe jak jasna cholera.

Co więcej, moi katoliccy znajomi, Ci co bardziej wierzący, częstokroć są najbardziej nietolerancyjnymi ludźmi z jakimi miałam do czynienia. Obrażają wszystkich i wszystko co choćby w małym stopniu odbiega od kanonu nakazanego w Biblii, a ja zadaję sobie pytanie…

Jak można krzywdzić w imię idei?

I to idei nie do końca słusznych, gdyż każde wyznanie, jest wyłącznie interpretacją tych, którzy tworzyli ją z pewnych pierwotnych fundamentów. Fundamentem jest Bóg, który jest czymś ponad rozumowym, formą energii, postępem, mocą sprawczą, wszystkim co tylko zechcemy, lub nie. Cała reszta, to dopowiedzenia spisane w formie opasłych ksiąg, które w swym założeniu mają wychowywać mądre pokolenia. Niestety, dzisiejszy człowiek i dobrą ideę, przekształcił w formę rodem z horroru , za którą ci bardziej radykalni dadzą się pokroić, by na siłę wpoić drugim swój sposób postrzegania rzeczywistości.

Po co człowiekowi Bóg?

Mam na to swoją racjonalną odpowiedź. Nie chcę urazić niczyich uczuć, dlatego proszę zamknij post jeśli jesteś osobą silnie wierzącą, bo na sto procent się na mnie pogniewasz.

Niedziela. Rodzice z trójką dzieci odzianych w odświętne stroje. Wychodzą z kościoła. Na rogu dochodzi do nich mały chłopiec w czerwonej czapeczce z daszkiem. Przyjechał do nas z daleka, gdyż jego skóra jest ciemniejsza niż skóra wszystkich wychodzących z kościoła dzieci.
– jestem głodny, daj parę groszy – skierowuje swą prośbę do ojca „przykładnej” rodziny
– ODEJDŹ BRUDASIE!!! – kwituje, „przykładny” ojciec, wychowawca swoich dzieci. Przed chwilą modlił się o potrzebujących.

SZANUJ BLIŹNIEGO SWEGO JAK SIEBIE SAMEGO…

Toruński rynek. Na murku przed sklepem spożywczym przesiaduje zawsze ta sama grupka tamtejszych „żulików”.
– Proszę, kupcie mi coś do jedzenia, nie proszę o forsę, bo wydam na wino, proszę o jedzenie, jestem chory – skierowuje swą prośbę do przechodzącej tuż obok parki zakochanych. Trzymają się za rączkę, a na szyjach demonstrują ogromnych rozmiarów krzyże, które mają oznajmiać światu ich ideologiczną postawę.
– SPADAJ DO ROBOTY, A NIE POD SKLEPEM STOISZ…
– Nierób jeden – dodaje pod nosem dziewczyna

SZANUJ BLIŹNIEGO SWEGO JAK SIEBIE SAMEGO…

Przykładna, chrześcijańska rodzina. Niedziela dzień święty. Choroba nie choroba,  deszcz nie deszcz, na mszy stawić się trzeba. Co dzień odmawiają modlitwy, w pokojach krzyże, święte obrazki, na szyjach krzyże. Dwoje dzieci. W krótkim czasie po narodzinach córki, kobieta zachodzi w trzecią ciążę. Nie chcą trzeciego dziecka, zgłaszają się na zabieg. Dziś krzyczą w manifestacjach w obronie życia nienarodzonego! HIPOKRYZJA NAJWYŻSZEGO SZCZEBLA!!!

SZANUJ BLIŹNIEGO SWEGO JAK SIEBIE SAMEGO…

Nie generalizuję, podaję przykłady, których mogłabym przytoczyć o wiele więcej, ale po co? Tyle wystarczy.

Bóg jest moim zdaniem po to, by ułatwić wierzącym w niego ludziom egzystencję na świecie. Bóg prawdopodobnie powstał razem z kształtowaniem się w ludziach sumienia, przynosi ulgę w strachu, bezsilności, chorobie. Jest cudowną ideą!, ale od zawsze przepoczwarzaną przez ludzi w obrzydliwe formy. Fanatyzm, ortodoksja, nietolerancja, dogmatyzm, zaślepienie!!! To nie tak ma wyglądać, LUDZIE! Co gorsza, dla niektórych, Bóg jest motorem ich ziemskich poczynań. Nie są dobrzy dla samego bycia dobrym człowiekiem, lecz wyłącznie z obawy o to, co spotka ich po śmierci. Czytaliście „Faraona”? Na pewno, w końcu to obowiązkowa lektura w szkole podstawowej. To właśnie „Faraon” otworzył mi oczy. Najznamienitszy wątek książki dotyczący zaćmienia słońca, obnażył w mych oczach obraz duchowieństwa. Zapadła we mnie decyzja,

nie chcę zasilać grona wierzących, chcę sama iść przez życie, nie potrzebując duchowego przewodnika, którego dogmaty stanowią formę życiowego drogowskazu. Jestem dobrem samym w sobie, bo tak ukształtowała mnie natura.

Zatem w czym jestem gorsza?

Jako człowiek, który nie chodzi na mszę, od tego który na mszę chadza regularnie, ale bliźniego traktuje gorzej niż gówno pod butem i to tylko dlatego, że ten ma inny kolor skóry, kocha inaczej lub popiera taką, a nie inną partię?

Tylko kulturalnie proszę…

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Jestem wierząca, praktykująca i… dobra dla bliźnich. Na tyle na ile mogę. Nie czuj się gorsza! Ja rozumiem, że nie każdy jest taki sam. A najbardziej doceniam, że ktoś nie jest fałszywy – nie wierzysz, nie udajesz. Masz dzieci – nie chrzcisz bo „co ludzie powiedzą” (chyba że ojciec wierzący). Ew czekasz aż dziecko samo zechce. Moim zdaniem lepiej jest mieć małe ale jakościowo dobre stado niż wielkie, mierne i niby wierne. I masz rację – po czynach ich poznamy. A nie po znakach, krzyżu na szyi, klękaniu na dzwonek w kościele…

  • Paulina K

    nie uznaje kosciola ani księzy. mozna wierzyc, ale nie chodzic i wspomagac tych złodziei .
    córki na razie nie chrzciłam. mnie bawią osoby, ktore chrzczą dzieci i biorą sluby, bo ciocia/babcia/wujek/ciotka naciskają, a sami nie wierzą !! wiec pytam po co ? na pokaz? bo tak trzeba ?? ja córki nie ochrzciłam. na razie nie mam zamiaru . jak bedzie chciala pojsc do komunii to ją ochrzcze. chyba,ze sie jakos zbiore w sobie i ją ochrzcimy, a dalej niech decyduje sama czy chce praktyowac ta wiarę czy tez nie.

  • Sebastian

    Papież w wielu sprawach wyrażał się w sposób, który dzisiejszemu polskiemu kościołowi jest wybitnie niewygodny. Kościół i współczesna wiara to machina, która służy głównie pewnej grupie interesów, która z tego wszystkiego wspaniale sobie żyje i niczego sobie nie żałuje – i tutaj jest właśnie cała ta hipokryzja, dlatego ludzie odwracają się od tego wszystkie i nie można się im dziwić !

    • Pięknie napisane <3 mój mądry mężu :*

      • Sebastian

        Pięknie napisane, brawo !

  • Nie ma znaczenia dla mnie czy ktoś jest wierzący czy nie, najważniejsze jakimi wartościami kieruje się w życiu i bardzo podąża z ich duchem.

  • Dla mnie nie jesteś gorsza… od kogokolwiek. Każdy ma prawo wymagać szacunku od innych. Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany to moja życiowa zasada. I tego się trzymam.

  • Ja do wiary podchodzę w trochę inny sposób. Wierzę, że to każdy człowiek ma „swojego” boga w sobie, modlę się codziennie, bo sprawia mi to przyjemność i ulgę. Modlitwa jest raczej podziękowaniem za to co mam i to, co dotychczas udało mi się osiągnąć. Jednak nie dziękuję Bogu tam w górze, tylko bogu, którego w sobie mam, bo to co osiągnęłam zawdzięczam przede wszystkim sobie i życiu w sposób taki, a nie inny. Do kościoła nie chodzę, ale syna zaprowadzę, by poznał jakie obrzędy panują w nim. Zresztą czytając pismo święte, wiemy że Jezus nie chciał by budowano mu ołtarze, a na pewno nie takie jakie są budowane. Tak jak Ty przestrzegam dekalogu i żyję w taki sposób, by dobrze było nie tylko mi samej, a także bliźniemu. Nie osądzam innych, zawsze staram się ich zrozumieć. W księży nie wierzę, Zresztą uparcie wierzący ludzie już wiele krzywd wyrządzili i wyrządzać będą, bo czują się bezkarni, wierząc że wszystko zostanie im wybaczone, bo robią to właśnie w imię Boga, ale jakiego boga?