Pobudka w nocy. Półprzytomna niemal spadłam ze schodów. 3:50 na zegarze, chwila na poszukiwanie smoczka zagubionego w Jaśkowej pościeli, nocna porcja mleczka i z powrotem w pościel. Obok śpiący mąż, pochrapuje w najlepsze. Otwieram oczy. Budzik beztrosko wygrywa godzinę 6:20. Pora wstawać.

A tak bym jeszcze pospała. W koło ciemno, ponuro. Jesień za oknami daje się we znaki. Raz po raz słychać stukot kropli deszczu roztrzaskujących się o taflę parapetu. Widok za oknem napawa melancholią. Kałuże przypominają wezbrane wodą potoki, przechodnie szczelnie okutani różnokolorowymi szalikami, dzierżący w swych dłoniach automatyczne atrybuty jesieni, zwiastują że na dworze zawitała prawdziwa jesień. A ja się pod nosem uśmiecham.
Zamknięta w łazience, odprawiam po kolei poranne rytuały. Chciałabym powiedzieć, że codziennie rano biorę prysznic, dzięki czemu już po chwili jestem rześka jak poranny zefirek. Eee, jedyne co mogę powiedzieć, to to że jestem poranna, nic więcej. Szybkie mycie, suszenie włosów i znienawidzony od pewnego czasu makijaż. Maluję prawe oko, które z jakichś nieznanych mi przyczyn zawsze ładniej wychodzi. Pełna wiary w swoje umiejętności manualne, maluję lewe oko jak zwykle nieco koślawo, policzki smagam delikatnie różem, „układam” włosy (z marnym skutkiem), ubieram się. Jestem gotowa. Przynajmniej wizualnie, bo mentalnie jestem na etapie błądzenia myślami pomiędzy prześcieradłem, kołdrą, a ukochaną poduszką.

Nos mnie nie myli. W czasie moich łazienkowych metamorfoz, w ekspresie przy udziale rąk mego osobistego męża powstaje płyn, który sprowadzi mnie na ziemię, przynajmniej w teorii. Parująca, gorąca, kusząca kawa z puszystym mlekiem jest dokładnie tym, czego potrzeba mi tego ranka. Wróóóóć, każdego ranka bez wyjątku. Mąż jak to mąż. Przyowdziany w woal kawowego aromatu, wita mnie jakimś błyskotliwym (w jego mniemaniu) tekstem, który ripostuję charakterystycznym dla siebie prychnięciem, aby w następnej kolejności wylać z siebie lawinę narzekań, że pogoda paskudna, że deszcz, że wiatr, że już w pół do i jak strasznie nie chce mi się iść do pracy. Dzień jak co dzień. Znacie to?

Podczas naszych codziennych przygotowań, Mały Książę zwany królem Janem śpi, nie myśląc nawet o wstawaniu. Moment, w którym muszę wybudzić go z Jego, beztroskiego snu jest stanowczo najgorszym momentem każdego poranka. Delikatnie smyram go w mięciuchny policzek, a moje jeszcze przed chwilą zaspane dziecię, wstaje niemal w sekundzie na równe nogi. Uroczy – myślę i uśmiecham się w sobie, kolejny raz tego dnia. Fala endorfin zalewa śpiące jeszcze komórki nerwowe, które na widok gramolącego się w łóżeczku sensu mojego istnienia, poczynają drgać w nieco żwawszym tempie. Czas na myju myjy, całowanie nuny, zmienianie pieluszki (ale ciężka), całowanie nuny, ubieranie, całowanie jednej i drugiej łapki, krótkie przekomarzanki i ponowne całowanie ubranych już nóżek. Śmiechu przy tym co nie miara, ale to już pora by szykować się do żłobka. Uśmiecham się w duszy, bo jestem na prawdę szczęśliwa. Mam Jaśka, który jest najcudowniejszym szkrabem na świecie, mam męża, który pomimo specyficznego, śmiesznego wyłącznie dla niego samego poczucia humoru jest kochanym chłopakiem, który robi na prawdę zajebiaszczą kawę. Ba, mam wszystko co pozwala mi czuć się kobietą spełnioną (niestety czasem o tym zapominam). Czegóż chcieć więcej?

Zdawszy sobie z tego sprawę, niebo jakby nagle pojaśniało, deszcz jakby mniej dotkliwy nie przeraża już ostrym jak szpilki, chłodnym powiewem kalendarzowej jesieni. W jednej, krótkiej chwili, świat jakby zwolnił swoje tempo. W jednej, krótkiej chwili szarość pokryła się całą feerią barw, które eksplodowały w mej głowie peanami na cześć mojego życia, które jest idealne w swych odstępstwach od niedoścignionego ideału. Jak łatwo i trudno zarazem, odnaleźć szczęście podczas zwykłych dni? Jak łatwo i trudno zarazem, odzyskać swój wewnętrzny spokój, na który najlepszym sposobem jest chwytanie chwil, z jednoczesnym dostrzeganiem w owej chwili piękna, wzruszeń lub chociażby maleńkiego powodu do uśmiechu. Jak trudne i proste zarazem jest bycie szczęśliwym człowiekiem, który szuka szczęścia pośród zwykłych dni, nie narzekając na wszystko na co tylko da się ponarzekać. Uczę się tego i wiem, że najlepszym nauczycielem powyższej umiejętności jest mój syn, który w niesamowity sposób zamienia w szczęście, nawet najbardziej mącące mój spokój chwile.

Dziękuję za to z całych sił…


Jasio ma na sobie:
Buciki – Emel
Baggy w wąsy – ZARA
Sweterek – ZARA
Komin – H&M

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Anonimowy

    Piękne