Bycie rodzicem to ogromna odpowiedzialność. Wychowujemy kogoś, kto swą postawą będzie stanowił idealne odzwierciedlenie naszych metod wychowawczych. Wychowanie to wieloetapowa sztuka rzeźbienia w małym człowieku cech, które przylgną do niego na resztę życia. Obserwując postępowanie wielu rodziców, odnoszę wrażenie, że decydując się na dziecko, zupełnie o tym fakcie zapomnieli.

Trajkotki. Tak nazywam matki, które używają w stosunku do swoich dzieci bardzo osobliwego języka. Nie tylko same słowa, ale także sposób ich wypowiadania, nadmierna egzaltacja w głosie, niebezpiecznie zmiksowana z niewyobrażalną ilością infantylnych zdrobnień, sprawiają że jako przypadkowy obserwator mam ochotę wyć, drapać i rzucić się do gardła trajkoczącej. Biedny maluch – myślę, podobne treści słyszy od pierwszych chwil swojego świadomego istnienia. Nie wybielam się. Samej zdarza mi się tworzyć słowa, odbiegające od kanonu słów normalnych. Zdarza mi się użyć tego specyficznie pieszczotliwego tonu, który wymusza na mówiącym przedziwne modyfikacje słów w jeszcze bardziej przedziwne słowotwórcze stwory, eksplodujące bełtem słodko pastelowej tęczy. Podświadomie zapala mi się w głowie czerwona lampka, która poczyna wyć bezlitosnym alarmem. Przydałby się także młotek, który automatycznie walił by mnie prosto w łeb. W ten sam mechanizm, natura powinna wyposażyć wszystkie inne trajkotki.

– Wśtała moja księźićkunia śliczniunia, malunia. Lulała siobie ciałą noć. Siusiu źlobiła, uuuuu majunia, majunia mamumina, idziemy niamać, niamać, niam, niam, niam? Bziunio głodny na pewnio.

OMG. Co gorsza, problem jest pospolity jak gołąb i postępujący niczym zaraza. A przecież mały człowiek, dziecko, jak nigdy później potrzebuje normalnych językowych wzorców. Jak ma uczyć się mówić, skoro od swego największego wzorca, słyszy słodko pierdzący ton kaczki dziwaczki, która każde znajomo brzmiące słowo przeinacza w niezrozumiałą dla nikogo poza nią samą, sraczkowato, różową, „słodziachną” papkę? Co jeszcze gorsza, ten dziwny „język?” ewoluuje i o ile byłabym w stanie rozumieć bełkoczącą matkę kilkumiesięcznego pacholęcia, o tyle mama kilknastomiesięcznego ucznia trudnej sztuki mowy, to dla mnie niezrozumiałe zjawisko paranormalne, którego nie usprawiedliwia nic, poza brakiem zdrowego rozsądku rozkochanej w brzdącu rodzicielki. Pamiętajmy jednak, że nawet największa miłość nie usprawiedliwia głupoty!!!

– Śpij malutki, kładź główkę na poduszkę, bo jak nie, to przyjdzie babok, zje ci mamusię, a potem ciebie… Misia zje też…

To nie żart, ale ogromna ilość dzieciaków od pokoleń zasypia w atmosferze strachu. Strachu przed dziadem, wilkiem, babokiem, babajagą, etc. Chyba nie trzeba być geniuszem, aby wiedzieć, że myśli które towarzyszą nam tuż przed zasypianiem, mają nieoceniony wpływ na jakość naszego snu przez całą noc. Jeśli ostatnią myślą był strach o życie najbliższych lub swoje własne, nie dziwmy się potem, że dziecko śpi jak „króliczek” i co chwilę budzi się zlane potem strachu. Zamiast wtykać maluchowi do głowy głupoty z makabrycznych bajek, poczytajmy mu przyjemną książkę, okraszoną kolorowymi ilustracjami, zaśpiewajmy kojącą kołysankę, włączmy dziecku jego ulubioną muzykę do zasypiania i zadbajmy o sprzyjającą atmosferę do snu.
– Jedna łyżeczka za mamusię… Nie chcesz za mamusię? To mamusia będzie chora i zostaniesz sam z tatusiem. A to wszystko dlatego, że nie chcesz jeść…
Umówmy się. Sama bawię się z Jasiem w podobną zabawę, ALE jego sprzeciw, nigdy nie niesie za sobą gróźb, które mogą być dla dziecko groźne. Próby dotarcia do malucha, nie mogą być równoznaczne z zastraszaniem go. Poza tym miejmy szacunek do naszych małych „człowieczków” i pozwólmy im decydować o samych sobie, nawet wtedy gdy wiązać się to będzie z niezjedzonym obiadem, czy nawet kolacją. Żadna z nas, drogie mamy nie lubi być przymuszana do czegokolwiek, to dlaczego w takim razie, to czego same nie znosimy, niejednokrotnie fundujemy naszym dzieciom?
– Posprzątaj swój pokój. Albo nie, ja to zrobię, bo jak ty się za to weźmiesz to i tak będę musiała poprawiać…
Po pierwsze, nawet jeśli muszę poprawiać po Jasiu (a jest to więcej niż prawdopodobne), to robię to po kryjomu, by nie niszczyć w nim kiełkującego poczucia własnej wartości. Jest malutki i nawet jeśli robi coś niedokładnie, to wynika to wyłącznie z jego niedoskonałości motorycznych. Dla mnie ważny jest sam fakt, że po zabawie automatycznie odstawia zabawkę na półkę. Nawet jeśli robi to krzywo, to nie mam zamiaru robić tego za niego. Nauka samodzielności, to jeden z naszych rodzicielskich obowiązków. Musimy uczyć dziecko samodzielnego jedzenia, rozbierania się, ubierania, sprzątania po sobie itp. To ważne nie tylko z punktu widzenia kształtowania się w dziecku poczucia obowiązku, ale także kreuje w maluchu poczucie własnej wartości i wiary we własne siły. Motywowane, odnoszonymi samodzielnie małymi (wielkimi) sukcesami, dorasta w przekonaniu we własne, niczym nieograniczone możliwości.
– Osz ty mała mendo!!! Robisz mi na złość, jesteś moją największą porażką!!! ,<Klask>…
Poniżanie, obrażanie, bicie dziecka to oznaka naszej słabości. Nie potrafisz poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, a narosłą w sobie złość wyładowujesz na niewinnej istocie, słabszej od ciebie jakieś 100 tysięcy razy? Moja rada… WALNIJ SIĘ W ŁEB!!! „INO” Z CAŁEJ SIŁY, tak by niczym gwiazda z wirującego nad twą głową nieba, spadło na ciebie rozwiązanie twego niedogodnego położenia. Czy krzyk pomógł kiedykolwiek? Czy agresja przyniosła jakikolwiek skutek? I nie mylmy skutku ze strachem, które nie uczy dziecka niczego poza technikami unikania pięści czy pasa rodzica. To nie metoda wychowawcza, to terror, który wymusza na słabszym uległość pod groźbą obdzierania dziecka z godności. Czy to na prawdę tak trudno pojąć?
– Spójrzcie, tutaj Maciuś ma 3 dni i po raz pierwszy pokazuje do obiektywu sisiorka. O, a tutaj ma już 12 miesięcy i zrobił do nocnika kupę. Spójrzcie jaka brązowa…
O braku poszanowania godności maleńkich dzieci czytałam już niejeden, zapierający dech w piersiach tekst. Żyjemy w czasach totalnego negliżu. Bez ogródek dzielimy się swoim życiem z całą armią „pseudoznajomych”  na wszelkich portalach społecznościowych i nie tylko. Nie wnikam w to, co kto chce pokazywać, ale apeluję o zdrowy rozsądek. Wrzucanie nagich zdjęć z kąpieli, nocnikowych posiadowek, publiczne „defekacje” dzieciaków na placach zabaw, etc. to towarzyska masakra tych samych maluszków za kilkanaście lat.
I po wszystkim powyższym nasuwa mi się smutna, ale niestety dobijająco prawdziwa konkluzja, która pozwala mi sądzić, że wielu rodziców traktuje dzieci jak swoją własność. Muszą jeść, spać i robić kupę na komendę. O zgrozo, jeśli kiedykolwiek będą śmiały miewać własne zdanie i najlepiej jeśli nigdy nie wyrosną z niegroźnego i jakże rozkosznego okresu gugającej żywej lalki. Tyle, że dla takich najlepszym i jedynym rozwiązaniem jest inwestycja w dziecko z plastyku, które nie zazna cierpienia z powodu niedojrzałych aspiracji swoich rodzicieli.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Podpisuję się pod znaczną większością tego co napisałaś. Nawet od czasu do czasu u siebie na blogu piszę o komunikatach wychowawczych, które doprowadzają mnie do białej gorączki – jak np. straszenie czy szantaż.
    Tylko co do tego języka, to nie do końca mogę się zgodzić. To znaczy co do infantylności, zdrobnień i wszelkich miziań, to tak – jestem przeciw. Ale bardzo lubię słówka tworzone przez dzieci. I nigdy nie przyszło by mi do głowy poprawiać mojego Kluska jak np. zamiast autobus mówił "tuptuś." Jak dla mnie są to tak piękne tworki, że szkoda mi się z nimi rozstawać. I zazwyczaj przyjmuje je do swojego zasobu słownictwa i korzystam z nich dłużej niż mój syn. Bo on uczy się bardzo szybko i szybko sam zauważa, że inni mówią inaczej i się poprawia. A mi trochę smutno za każdym razem, kiedy opuszcza kolejne słówko i przechodzi na "dorosły" i poprawny język. Taki sentyment 🙂

    • Ależ ja do języka naszych pociech nic nie mam. Wręcz przeciwnie. Krytykuję tylko mamuśki, które przesadzają z nadmiernym słodzeniem języka.