„W głowie się nie mieści” jak animacja ta, oddziałuje na wyobraźnię oglądającego i to niezależnie od tego czy jesteś dorosłym czy dzieckiem. Animacja tworzy w głowie widza emocjonalny koktajl, w którym radość miesza się ze strachem o losy głównych bohaterów, gniew miesza się z odrazą, a na końcu pozostaje nam tylko smutek, że to już koniec tej magicznej historii.

Ale po kolei

„W głowie się nie mieści” to kolejna już, genialna animacja 3D wytwórni Pixar. Współscenarzystą i reżyserem tego animowanego dzieła jest Pete Docter, odpowiedzialny za sukces Toy Story (wszystkich trzech części), Potworów i Spółki czy Odlotu.  Muzykę do filmu skomponował Michael Giacchino (Star Trek, Iniemamocni, Medal of Honor, Call of Duty), który stwierdził, że jest to „najbardziej emocjonalny” soundtrack jaki napisał. Ciekawą jest sama historia stworzenia przez autora scenariusza. Docter postanowił poprzeć swą wizję artystyczną faktami z dziedziny psychologii, dlatego wybrał się na konsultację do Dachera Keltnera i Paula Ekmana, psychologów z University of California w Barkeley, uważanych za autorytety w reprezentowanej przez siebie dziedzinie medycyny. Ten drugi jako pionier w dziedzinie badań emocji i ich ekspresji ruchowo-mimicznej, zidentyfikował pięć podstawowych emocji, odmalowujących się na ludzkiej twarzy. Są nimi odpowiednio: radość, strach, gniew, odraza i smutek. W ten sposób wykiełkował w głowie scenarzysty plan stworzenia 5 najważniejszych postaci animacji, które poprowadzą nas w świat dziecięcej podświadomości.

A wizja ta jest równie niewiarygodna jak sposób jej prezentacji. Mamy oto umysł 11-letniej dziewczynki Riley, której pierwowzorem była córeczka reżysera, który obserwując zmienne nastroje swej dorastającej latorośli, postanowił odpowiedzieć na pytanie, co dzieje się w mózgu dziecka? Umysł dziecka? Nieskończone źródło inspiracji, dzięki czemu mamy do czynienia w filmie z całym wachlarzem zabawnych, wzruszających, przerażających lub zapierających dech w piersiach scenek z codzienności, które towarzyszą małemu człowiekowi od chwili jego przyjścia na świat. Widzimy Riley jako noworodka, uczącego się tuptania podlotka, małą zołzę, rodzący się sportowy talent, przyjaciółkę, córkę itd., itd., dzięki czemu zarysowuje się przed nami obraz kształtowania się wspomnień, których fundamentem i determinantą jest nasz aktualny stan emocjonalny. Pierwszą i najważniejszą (na całe szczęście) emocją Riley jest Radość, przedstawiona jako wiecznie roześmiana, pozytywnie myśląca wróżka. Troszkę naiwna, szalona, roztrzepana, ale też całkowicie oddana powierzonej jej roli, kojenia pozostałych czterech uczuć. Smutek to lekko irytująca, okrągła pesymistka w okularach, która najczęściej wchodzi w kompetencje radości, przez co staje się źródłem rozlicznych kłopotów. Gniew (mój ulubieniec) to zdecydowanie najzabawniejszy z bohaterów, przedstawiony jako gorrrący (dosłownie) facet, w typie „ura bura, Zenek wichura”. Odraza, to zadzierająca nosa, zielona (brokułowa) zołza, a strach to wychudzony i znerwicowany typek, który we wszystkim wietrzy podstęp. Genialne…

Film w prosty sposób uświadamia nam ogromną wagę równowagi (masło maślane, ale cóż) wszystkich, emocjonalnych cegiełek składających się na całość, jaką jest nasze dobre samopoczucie. Nawet najmniejsze zakłócenie zbawiennego balansu, powoduje daleko idące zmiany, które kładą cień na wszystkim, co było do tej pory. Podoba mi się subtelne wplatanie pewnych, naukowych smaczków, dzięki którym w sposób podświadomy, poszerzamy swoją wiedzę o funkcjonowaniu naszych mózgów. Najlepiej widać to na przykładzie snu głównej bohaterki. Po zamknięciu oczu, umysł Riley wycisza się, a wspomnienia powstałe podczas minionego dnia, mkną siecią rozbudowanych „korytarzy”, przypominających nieco mechanizm spotykany na kręgielniach, wprost do magazynu pamięci długotrwałej. Tak oto w piękny sposób, animacja tłumaczy nam skomplikowany sposób tworzenia się wspomnień. Cudowne prawda? Kolejną, najważniejszą składową umysłu dziewczynki są niezwykle kruche wyspy osobowości, których fundament stanowią tylko te najpiękniejsze wspomnienia Riley. O nie, nie zdradzę Wam jakie to wspomnienia, lecz napomknę tylko, że to właśnie od nich zależy, według twórców animacji, kim człowiek staje się w trakcie skomplikowanego i długotrwałego procesu dorastania.

Pixar zafundował nam podróż do główki małej dziewczynki, ale skoro można zajrzeć do głowy Riley, to czemu nie zerknąć na myśli jej mamy czy taty? Z każdą minutą filmu jest coraz bardziej interesująco. Wskutek nieoczekiwanego i dość niefortunnego splotu zdarzeń, trafimy do magicznej jedenastoletniej krainy wyobraźni, której architektura mogłaby zawstydzić niejednego speca w tejże dziedzinie. Pokręcimy się po genialnej i przezabawnej fabryce snów, wyjętej rodem z Hollywood, które nie bez kozery nazywane jest… fabryką snów 😉 Zawędrujemy w meandry dość specyficznego konceptu  strefy abstrakcyjnego myślenia, by wreszcie trafić na wysypisko wspomnień, miejsce zapomnienia, swoistego mentalnego kosza, do którego trafia wszystko co nasza głowa uzna za niepotrzebne.

Wady?

Zupełnie subiektywnie, nie podoba mi się dubbing, a raczej głos i nadekspresja Małgorzaty Sochy, która cokolwiek by nie mówiła zawsze będzie Zuzą z „Na wspólnej”. Nie zgodził się ze mną w tym względzie mój mąż, który uważa, że Socha jest w tej roli świetna, ale jeśli mam szukać wad, to niech będzie nią Socha. Poza tą jedną i nieco na siłę „W głowie się nie mieści” to absolutny majstersztyk!!!

Tak więc kto jeszcze nie oglądał „W głowie się nie mieści”,  koniecznie musi nadrobić, a kto widział, niech obejrzy jeszcze raz, bo to jeden z filmów, który odkrywa przed nami więcej i więcej przy każdym kolejnym podejściu do niego. W końcu to Pixar…

Warto zaznaczyć, że „W głowie się nie mieści” („Inside out”) został nominowany do Oscara aż w dwóch kategoriach: za najlepszy film animowany (dość oczywiste), a także za najlepszy scenariusz oryginalny.

ocena: 10/10

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.