Mąż w krótkiej delegacji, moje czteromiesięczne szczęście śpi, za oknem totalnie nie sprzyjająca aura, zatem naszło mnie na chwilę refleksji, którą dawniej przelałabym na papier, ale mamy XXI w, a ja jako samozwańcza mistrzyni zdań wielokrotnie złożonych lubię pisać… więc… napiszę.

Wiem, wiem dawno nie pisałam, ale nie chcę swych wpisów traktować po macoszemu i aby wyglądały one i brzmiały dla mnie w zadowalający sposób, potrzebuję dłuższej chwili wolnego, a z tym u mnie różnie bywa.

Ponieważ moje życie już od jakiegoś czasu kręci się wyłącznie wokół spraw cudnie przyziemnych, a ja sprawdzam się w roli młodej mam jakoś nie mam melodii do tematów innych niż te związane z tym czego u mnie pod dostatkiem. Powiem Wam szczerze, że moim zdaniem posiadanie niemowlaka niesie ze sobą tyleż samo plusów co minusów, tyle że plusy są tak niesamowicie cudownymi plusami, że przyćmiewają swą wielkością moje wielkie, jeszcze po ciąży dupsko, wory pod oczami, brak czasu dla siebie, wiecznie oplute, ulubione bluzki i mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale po co gdy po zerknięciu w stronę Jaśka widzę coś takiego …

 

Jaśkowy uśmiech. Coś niesamowitego. Pierwszy, uroczy grymas, który można nazwać rozpromieniem się Jego twarzy zauważyłam, gdy Janek miał nieco ponad miesiąc. Oczywiście było to zupełnie nieświadome, a celem w kierunku którego moje syny wysłały pierwszy uśmiech, była moja czarna koszula nocna w kolorowe groszki. Dziś to Jego słodkie chichranie widzę, a nawet słyszę za każdym razem gdy zagdakam do niego tym swoim dziwnie, modulowanym głosem, zdrabniającym nawet to co już dawno zdrobnione. U nas nie ma smoczka, jest smoczunio, nie jedzenie tylko amcianie (co gorsza czasem wcinunanie), kąpielunia, bodziaki, soczunio, kotenieniek itp., itd. Chore, ale gadam tak w sposób niekontrolowany i czasem gdy zdam sobie sprawę ze swego dość osobliwego (a swoją drogą, dość często spotykanego wśród mam maluchów) słowotwórstwa, to sama mam ochotę dać sobie w łeb.
No i w chwili gdy to piszę, o co pytam swojego brzdąca (już nie śpi)?? „kochanie, chcesz soczunio?” Nie wiem jak się to leczy, ale mam nadzieję, że mi to przejdzie.
Swoją drogą moje dziecko postanowiło chyba zapaść w sen zimowy (w końcu jest moim Misiem), gdyż po pięciominutowej aktywności, wyduźdaniu soczku i chwilowym marudzeniu poszło dalej spać… zatem piszę dalej.

 

Niesamowita jest także obustronna miłość, którą ja i moje dziecko dajemy sobie nawzajem. Gdy przy bólu brzuszka biorę go na ręce, a on wtula się we mnie i stopniowo uspokaja, wiem że dla Niego jestem lekarstwem na całe zło. Gdy zmęczony dniem pełnym wrażeń, szuka ukojenia w moich ramionach, wiem że właśnie w nich odnajduje swój azyl. Gdy w zaciszu mieszkania śpiewam mu najpiękniejsze, dziecięce kołysanki i widzę w jego mądrych oczkach łzy, wiem że tę wrażliwość muszę pielęgnować jak największy skarb, by dziwne czasy, w których przyszło nam żyć, nie zniszczyły w nim Jego wewnętrznego piękna.
Brak mi słów by opisać uczucie, które towarzyszy mi w chwili gdy Jego niesamowicie miłe w dotyku, malutkie ciepłe łapki, chwytają mnie za rękę, a on pewien, że podtrzymana nigdzie się od Niego nie oddalę, zasypia, tak słodko zasypia i śni, mam nadzieję tylko piękne sny.
Oddałabym wszytko, by dziś mieć pewność, że tak beztrosko będzie mógł spać przez całe swoje, dłuuuugie życie.
Cudowne są też Jego małe i duże sukcesy. Dziś mają one związek między innymi z powolnym rozszerzaniem diety, odkrywaniem przez Niego, swoich osobistych nóżek, które od teraz stają się coraz bardziej inrtygującym obiektem zabaw, obracaniem się na boczki czy robieniem zdrowej kupki (na co mam codzienne dowody w pielusze), a przed nami przecież jeszcze wiele, wiele więcej. Dziś, tylko smucę się ( i cieszę zarazem), że On tak szybko rośnie… czasem myślę, że za szybko i dobija mnie fakt nieuchronnego przemijania jego niemowlęcych chwil. Z drugiej strony oglądanie Jego postępów jest niewąpliwym balsamem dla mej duszy, ale nie ukrywam, że te ambiwaletne uczucia tworzą czasem w mojej głowie delikatny galimatias.

Uwielbiam także pewne przewartościowanie, które nastąpiło jeszcze w czasie gdy miałam Go w brzuchu, które objawia się totalnym wyzbyciem się często naturalnego dla młodych kobiet egoizmu. Teraz myślę najpierw i przede wszystkim o Nim, potem o naszej trójce (tak mój mąż też ma swoje miejsce), a dopiero gdzieś na samym końcu o sobie samej i uważam, że to dobrze. Wiem, że dzięki dziecku stałam się jeszcze lepszym człowiekiem, choć moim zdaniem dobrym człowiekiem byłam zawsze.

I wybaczam mu swoją oponkę na brzuchu, dzięki której w niektórej garderobie wyglądam jak ludzik Michelin (choć życzliwi, upewniają mnie, że nie jest ze mną aż tak źle) bo te Jego ocyska, nosek, usteczka, stópki…

… po prostu cały On są dla mnie najważniejszym bytem we Wszechświcie.

Pozdrawiam Was i mam nadzieję, że ze mną zostaniecie, mimo że ostatnio trochę się blogowo obijam 😉

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.