Jako młoda dziewczyna należałam do typu charakterologicznego opisywanego słowami „do rany przyłóż”. Zawsze wesoła, nigdy złośliwa, pomocna, nadmiernie poukładana (często wbrew samej sobie), otwarta na wszystkich i dla wszystkich miła. W każdym doszukiwałam się jego dobrych stron, wychodząc z założenia, że przecież nie ma złych ludzi i z każdym można się dogadać. Czy byłam idealistką? Nie. Romantyczką? Może, ale przede wszystkim byłam potulnym naiwniakiem z wielką wiarą w ludzi, którzy bez mrugnięcia okiem kopali mnie po dupsku. I próbują kopać po dziś dzień, tyle że ja sama, mam dziś o wiele twardszą dupę…

XXI wiek to nie czasy dla szczerych i dobrych ludzi. Niczym żółw otoczyłam się twardą skorupą, by uchronić swą osobę przed kolejnym ciosem ze strony otoczenia. Zbyt wiele rozczarowań, gorzkiego smaku upadku postaw ludzi, których uważałam za przyjaciół, dodam że najbliższych. Coraz rzadziej uśmiecham się do przechodniów, a swój czas spędzam tylko z niewielką garstką tych, którzy faktycznie zasługują na miano bratniej duszy. Unikam frustratów, którzy porównują, zazdroszczą lub włażą w moje życie swymi brudnymi buciorami. Nie dzierżę takich, którzy pamiętają wyłącznie wtedy, kiedy potrzebują  ode mnie pomocy (figuruję w ich kontaktach pod nazwą EMERGENCY), a gdy już otrzymują to po co przyszli, zapominają… do następnego razu, gdy to po raz kolejny okażę się być przydatną. Nie cierpię też tych, którzy zatruwają mi życie, wysysając z niego tyle ile tylko się da. Ich spotkanie to za każdym razem trauma i moralny kac, wywołany pewnego rodzaju wewnętrznym wyrzutem, że u mnie dobrze, starcza do pierwszego, a w rodzinie wszyscy zdrowi.
Towarzystwo energetycznych wampirów, osobiście uważam za najgorsze, bo ich postawa sprawia, że mam ochotę strzelić sobie w łeb. Bynajmniej, nie chodzi tutaj u mnie o brak empatii, a raczej o tworzenie się mechanizmu obronnego pozwalającego przetrwać spotkanie z kimś, kto nie radzi sobie z tym, że inni mają lepiej. Co gorsza, wyrzuty ograniczają się wyłącznie do wylania na mnie pomyj z pominięciem jakiejkolwiek refleksji na temat przyczyn takiego stanu rzeczy. Za nikogo życia nie przeżyję. Nie będę też za kogoś pracować i w imię wyimaginowanej „idei” działać wbrew własnym przekonaniom. Nie będę bronić i usprawiedliwiać postaw ludzi, którzy nie potrafią brać życia w swoje ręce, a pretensjami za ów stan rzeczy obarczają wszystkich, którzy im się nawiną. Poza nimi samymi oczywiście. Nie będę współczuć tym, którzy czyhają na moje potknięcia tylko po to by zobaczyć w moich oczach łzy, osiągając ekstazę z samego oglądania moich i nie tylko moich porażek. Nie chcę znać tych, którzy za wszystko odpłacą się wyłącznie obrabianiem mi tyłka przy najbliższej okazji lub wiecznymi pretensjami wynikającymi wyłącznie z różnic wzajemnego postrzegania świata.
Spotkania z tego typu osobnikiem mogę porównać do gaszenia benzyny. Jakiekolwiek próby porozumienia (niestety jednostronne) wyłącznie zaogniają sytuację, a buchające płomienie przecież najskuteczniej jest przydusić, skutecznie zadusić i to najlepiej w samym zarodku. To właśnie dlatego w toku swego dorosłego życia postanowiłam przetransformować się w wredną  babę, kolokwialną zołzę, która nie robi już nic dla świętego spokoju lub wyłącznie dlatego by nie zranić osób trzecich. Daleko mi jeszcze do szeroko pojmowanej asertywności, ale potrafię huknąć na opieszałą obsługę w sklepie, stawiać na swoim, a przede wszystkim omijać szerokim łukiem tych, którzy swą postawą nie zasługują na nic innego. Przestałam próbować podążać za chorym tokiem rozumowania, przestałam usprawiedliwiać chamstwo i złośliwość podyktowaną rządzą zemsty na każdym komu żyje się lepiej. Nie toleruję wiecznego narzekania i podkreślania trudnej sytuacji, z jednoczesnym obracaniem kota ogonem, że jako osoba nienarzekająca nie mam pojęcia o prawdziwym życiu. Oczywiście!!! Przecież jako Polka muszę narzekać, muszę mieć źle i zawsze, ale to zawsze muszę mieć nos na kwintę. Niedoczekanie, wolę uchodzić za wredną, niesympatyczną, a nawet odpychającą, ale to wyłącznie dla tych, którzy bez pardonu próbują zaleźć mi za skórę.

Zdjęcie: http://mattsko.files.wordpress.com/2010/10/wicked-witch.jpg

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.

  • Anonimowy

    A ja uważam, że najlepiej rozbrajać nawet najwredniejszych spokojem, przesłodzoną życzliwością – bo takie brzydkie stwory tego nie lubią i nie wiedzą jak się wtedy zachować. Już nieraz się przekonałam o tym. Chyba, że polubiłaś być zołzą, ale to zniechęci tych na których Ci zależy. Przecież nie wszystkim uświadomisz, że jesteś zołza w odwecie na potworów……Zostań FAJNĄ !!!!!! Anią 🙁 proszę!!!!!

    • Fajną jestem dla tych, którzy na to zasługują. Dla paskudów jestem paskudą 🙂

  • Wyjęłaś mi to z głowy <3