Będąc świeżo po seansie świetnego filmu, mam pokusę, by w ogóle nie pisać żadnej recenzji, tylko po prostu wysłać Was bez słowa do kina, byście sami przekonali się, że warto. Tak mogłabym zrobić także teraz (więc jeśli nie macie czasu czytać dalej, możecie zakończyć lekturę już tu z informacją, że na Kapitana Phillipsa iść warto i nawet trzeba), ale pokuszę się o parę słów, bo to w gruncie rzeczy czysta przyjemność pisać o filmie w samych superlatywach. No to piszę.
Mój pierwszy kontakt z filmem – jego fragmentem właściwie – nie pociągnął za sobą ani odrobiny zainteresowania. Piraci nie interesowali mnie nigdy i w żadnej odsłonie – nawet w przypadku tych słynnych, z Karaibów, skończyło się na stosunkowo beznamiętnym seansie i emocjach zupełnie nieadekwatnych do popularności serii. Jakoś nie pomyślałam, że to piraci współcześni, a wydarzenia, które przedstawia fabuła, miały miejsce naprawdę, i że to wszystko trochę zmienia. O tym, że jednak się zdecydowałam na film wybrać, zadecydowały trzy rzeczy: oscarowe przewidywania, które zaczynają się lawinowo pojawiać w amerykańskich serwisach filmowych, typujące Hanksa do nominacji za rolę pierwszoplanową, Wasze pochlebne opinie (widzicie, a jednak warto do mnie mówić, biorę to pod uwagę, choć tylko czasem;)) i strach przed Adwokatem, który – jak znów prawicie – jest filmem bardzo miernym, a na który się w ten weekend miałam wybrać. Cieszę się, że to wszystko się stało, bo w przeciwnym razie ominąłby mnie jeden z najlepszych filmów roku.
Paul Greengrass bez wątpienia umie budować napięcie. Wszystko w tej produkcji do siebie pasuje: wartka, sprawnie zmontowana akcja ukazana jest w poszarpanych, błyskawicznych kadrach, kamera jest świadomie niestabilna, a zdjęcia w zależności od planu nieostre w tle lub maksymalnie precyzyjne w detalu. Zamaszyste brzmienia Henry’ego Jackmana wtapiają się w tok akcji, nie pozwalając ani na chwilę zapomnieć, że gra toczy się tu na śmierć i życie, a stężenie emocji jest tak duże, że robi się fizycznie gorąco. A to wszystko tylko rama żywej historii, która wciąga jak rasowy thriller i zdumiewa podwójnie z uwagi na fakt, że jest autentyczna. Wreszcie to nie morze jest największym wrogiem bohaterów, jest nim człowiek – i to człowiek z jednej strony tak dla nas abstrakcyjny (pirat), z drugiej tak dzisiejszy, że jego zachowanie jest niemal machinalnie racjonalizowane miejscem, w którym żyje. Somalijscy piraci są… somalijskimi piratami. Brzydcy, głośni, agresywni, podejrzliwi i zdeterminowani są nie tylko odrażający, ale i trudni w odbiorze. Dzięki temu jednak wzbudzają spore emocje, nie da się przejść obok nich obojętnie.
Kontrastujący z nimi tytułowy bohater ma nas za to w kieszeni już od pierwszych scen filmu. To profesjonalista, zachowujący trzeźwy umysł nawet w najgroźniejszych sytuacjach, z którego jednocześnie bije maksymalne człowieczeństwo, z wpisaną weń wrażliwością, strachem i instynktowną, choć nie zawsze rozważną walką o przetrwanie. Postać sama w sobie godna podziwu, z siłą podwojoną przez arcydobrego w tej roli Hanksa, który w finałowych scenach Kapitana Phillipsa daje tak niewiarygodny popis aktorstwa, że aż przechodzą ciarki. Takie to realistyczne. Genialna kreacja, absolutnie warta każdego wyróżnienia.
Czy polecam? Bardzo. Iść, póki grają.

