Zastanawiam się, co o Nietykalnych powiedzieć, by nie zabrzmiało górnolotnie. Że dawno nie widziałam tak ciepłego filmu? że cudownie jest chodzić z tym filmem w głowie kolejny dzień i uśmiechać się pod nosem? że tyle tu niewymuszonej mądrości, która wydaje się tak oczywista, a jednak taka daleka? i że takie to fajne, że to naprawdę, że to się dzieje, że to obok jest? Mam wrażenie, że cokolwiek bym nie powiedziała, ci, którzy uważają film za przeciętny, nie pozostaną przekonani, ale za to ci, którzy się zachwycili, zrozumieją mnie w lot.
Lubię filmy o przyjaźni. Są obdarte z banalnej czułostkowości, bardzo zgrabnie radzą sobie z konwencją (nie omijają jej, ale potrafią elastycznie ją dopasować do siebie), niosą potężny ładunek emocjonalny i są – jakikolwiek byłby ich finał – bardzo pozytywne. Nietykalni nie miażdżą – nie uginają się pod nadmiarem żartów, tragedii i sentymentalizmu. Humor jest tu nieudawany, naturalny, gagi (i te dialogowe, i sytuacyjne) nie są ani trochę żenujące, wszystko to wywołuje uśmiech na twarzy, a czasem i niepowstrzymany chichot. Z tragedii, których doświadczają bohaterowie, można było zbudować pełnokrwisty melodramat, a tak? twórcy nie pozostawiają widzom czasu na żałowanie niesamodzielnego Philippe i obciążonego trudną sytuacją rodzinną Drissa. Ludzkie dramaty przerażają i wzbudzają litość tylko wtedy, gdy są czyjeś. Nosząc ciężar na własnych barkach, nie ma miejsca na użalanie się – jest tyle do zrobienia. Philippe radzi sobie z paraliżem, choć absolutne zrozumiałym jest to, że nie może już ze sobą wytrzymać. Driss wnosi w jego życie… życie właśnie. Swobodnie, naturalnie, dla niektórych prymitywnie, prostacko – ale to działa. I daje magiczny efekt.
Cluzet i Sy zaprezentowali fantastyczne aktorstwo. Nie tylko oni zresztą, bo tło (m.in. świetna Anne Le Ny w roli Yvonne) również wypadło świetnie. Cluzet przypomina tu trochę Dustina Hoffmana, nie sądzicie? Takie odnieśliśmy z małżonkiem wrażenie, oglądając jego mimikę – obszar, którym jako jedynym właściwie Cluzet gra. Genialnie zresztą. Zero patosu i maniery. Czy nie o to chodzi?
I ta muzyka… To musi mieć pozaziemskie źródło.




