Nietykalni (2011)

0
443
3/5 - (1 vote)
Często macie na długo po filmie takie uczucie ciepła, rozlewającego się na duszę, i uśmiech na twarzy na samo wspomnienie dialogów, gestów, spojrzeń, uśmiechu, scen w ogóle? Ja rzadko. Dlatego tak cenię to, co daje mi takie wspaniałe emocje, pozwala bawić się, wzruszyć i zaczerpnąć trochę życiowej mądrości jednocześnie. Tak jak Nietykalni właśnie – francuska [sic! ale tym razem obeszło się bez uprzedzeń – plakat i opis tak mnie zachwyciły, że nie myślałam nawet o tym, jak nie znoszę francuskiego] komediodramat, przy którym wszystko staje się jakby trochę lepsze.
Philippe (François Cluzet) jest sparaliżowany. Ciężar codziennej egzystencji pomaga mu dźwigać liczna służba, w skład której wchodzi m.in. osobisty pielęgniarz i towarzysz w jednym. Ale o dobrego pracownika ciężko – średnio co dwa tygodnie w willi Philippe odbywa się casting. Kandydaci dwoją się i troją, by przekonać pracodawcę, że są tymi najbardziej humanitarnymi i współczującymi i zdecydowanie najlepiej sprawdzą się w nowej roli. Nie wiedzą, że ostatnią rzeczą, jakiej szuka Philippe jest litość. I nie znajduje jej tylko u jednego, dość narwanego, kandydata. Driss (Omar Sy) nie przychodzi po pracę – potrzebuje tylko podpisu na urzędowym papierku. Jeszcze nie wie, że jego luźny styl bycia, szczerość i totalna bezpretensjonalność zagwarantują mu pracę, a on sam stanie się podstawą rewolucji w życiu ogarniętego marazmem Philippe. Przepiękna opowieść o rodzącej się przyjaźni między milionerem-inwalidą a czarnym chłopakiem z ubogiej dzielnicy i starciu się dwóch światów.

Zastanawiam się, co o Nietykalnych powiedzieć, by nie zabrzmiało górnolotnie. Że dawno nie widziałam tak ciepłego filmu? że cudownie jest chodzić z tym filmem w głowie kolejny dzień i uśmiechać się pod nosem? że tyle tu niewymuszonej mądrości, która wydaje się tak oczywista, a jednak taka daleka? i że takie to fajne, że to naprawdę, że to się dzieje, że to obok jest? Mam wrażenie, że cokolwiek bym nie powiedziała, ci, którzy uważają film za przeciętny, nie pozostaną przekonani, ale za to ci, którzy się zachwycili, zrozumieją mnie w lot.

Lubię filmy o przyjaźni. Są obdarte z banalnej czułostkowości, bardzo zgrabnie radzą sobie z konwencją (nie omijają jej, ale potrafią elastycznie ją dopasować do siebie), niosą potężny ładunek emocjonalny i są – jakikolwiek byłby ich finał – bardzo pozytywne. Nietykalni nie miażdżą – nie uginają się pod nadmiarem żartów, tragedii i sentymentalizmu. Humor jest tu nieudawany, naturalny, gagi (i te dialogowe, i sytuacyjne) nie są ani trochę żenujące, wszystko to wywołuje uśmiech na twarzy, a czasem i niepowstrzymany chichot. Z tragedii, których doświadczają bohaterowie, można było zbudować pełnokrwisty melodramat, a tak? twórcy nie pozostawiają widzom czasu na żałowanie niesamodzielnego Philippe i obciążonego trudną  sytuacją rodzinną Drissa. Ludzkie dramaty przerażają i wzbudzają litość tylko wtedy, gdy są czyjeś. Nosząc ciężar na własnych barkach, nie ma miejsca na użalanie się – jest tyle do zrobienia. Philippe radzi sobie z paraliżem, choć absolutne zrozumiałym jest to, że nie może już ze sobą wytrzymać. Driss wnosi w jego życie… życie właśnie. Swobodnie, naturalnie, dla niektórych prymitywnie, prostacko – ale to działa. I daje magiczny efekt.

Cluzet i Sy zaprezentowali fantastyczne aktorstwo. Nie tylko oni zresztą, bo tło (m.in. świetna Anne Le Ny w roli Yvonne) również wypadło świetnie. Cluzet przypomina tu trochę Dustina Hoffmana, nie sądzicie? Takie odnieśliśmy z małżonkiem wrażenie, oglądając jego mimikę – obszar, którym jako jedynym właściwie Cluzet gra. Genialnie zresztą. Zero patosu i maniery. Czy nie o to chodzi?

I ta muzyka… To musi mieć pozaziemskie źródło.

 

Czy polecam? Obowiązkowo i koniecznie.