Looper – Pętla czasu (Looper, 2012)

0
425
2.7/5 - (3 votes)

Tegoroczny listopad w kinie zapowiada(ł) się fantastycznie, a Looper miał być dobrym jego otwarciem. I choć zwiastun zdawał się idealnie streszczać historię, coś do filmu zachęcało – coś więcej niż nazwiska-przynęty (choć i obietnica tych, szczególnie w młodszym wydaniu, w moim przypadku okazała się skuteczna) czy wciąż intrygujący problem podróży w czasie. Koniec końców jednak to „coś” gdzieś się pomiędzy prezentowanymi płaszczyznami czasowymi zagubiło, pozostawiając bardzo średni fabularnie film, który ratuje „tylko” dobra  realizacja i przyzwoite aktorstwo.

 

Podróżowanie w czasie nie jest dziś możliwe. Ale wkrótce będzie. Korzystać z niego będzie jednak tylko mafia. Takimi słowami rozpoczyna swoją opowieść Joe (Joseph Gordon-Levitt), looper, czyli płatny zabójca, działający tu i teraz, ale likwidujący to, co… przyszłe. Praca jak praca, ważne, że kasa dobra. Problem pojawia się wówczas, gdy Joe musi „zamknąć pętlę”, czyli zabić przysłanego z przyszłości… siebie. Tak zapętloną historię mają także pozostali bohaterowie – Joe 30+ (Bruce Willis), próbujący zmienić dramatyczne wydarzenia, których doświadczył, wracając do przeszłości, i Sara (Emily Blunt), młoda matka, samotnie wychowująca syna na farmie, dla której spotkanie z Joe okaże się istotniejsze niż mogłoby się wydawać.

 

Nie można powiedzieć, że Looper to film niedopracowany. Przeciwnie nawet, wszystko tu zdaje się być przemyślane: i scenariusz, w którym pojawiają się wprawdzie elementy mniej lub bardziej nielogiczne, ale które w ostatecznym rozrachunku gdzieś umykają (zresztą tempo filmu nie pozwala nawet zatrzymać się przy nich dłużej); i praca kamery, zdjęcia czy montaż, przedstawiające szybki i intensywny obraz, realizację tematu wielokrotnie już podejmowanego i, z racji swojej odległości w, nomen omen, czasie, wciąż niezrozumiałego. Mimo tego jednak, że historia z grubsza jest spójna, ma swój początek i wyraźny koniec, coś w niej zgrzyta. Pierwsza godzina filmu ciągnie się i jest jak guma – na początku ma naprawdę dobry, świeży smak, ale po 20-kilku minutach pozostaje już tylko bezmyślne przeżuwanie całego mnóstwa informacji, które zostały zaserwowane jako przekąski. I kiedy cała rzecz zaczyna się już lekko dłużyć, dzwoni budzik – na scenę wkracza Emily Blunt i serwuje przepyszny popis gry aktorskiej, który daje nadzieję jakości na dalszą część filmu. Udaje się połowicznie, bo ostatnie pół godziny to – mimo wartkiej akcji – wydumane, przesadzone, trochę nawet odpychające domykanie wątków i finalizowanie podjętych problemów.

 

Nie zobaczyłam w Looperze „ciekawej wizji futurystycznej Ameryki”, „fantastyczno-naukowego sztafażu” i „smoliście czarnego kryminału” i wcale za nic nie trzymałam kciuków (vide: recenzja Muszyńskiego na filmwebie). Obok historii przeszłam bez większego zainteresowania, bohaterowie nie wzbudzili we mnie ani sympatii, ani większych emocji, film, który tuż po seansie oceniłam jako średni, dziś rano wywietrzał mi niemal zupełnie z głowy, i to w takim stopniu, że mam – jak widać na załączonym obrazku – poważne kłopoty ze zwerbalizowaniem swoich wrażeń. Tylko więc wspaniała Blunt i dobry Gordon-Levitt, nic więcej.

 

Czy polecam? Na pewno nie w ramach płatnego wypadu do kina. A poza tym – wedle uznania (^^).