Będę z Wami szczera. Nie obejrzałam Spring Breakers wczoraj. Nie piszę tej recenzji „na świeżo”. Nie wiedziałam i chyba wciąż nie wiem, jak ten film ocenić. Nie powiem, że siedziałam jak zahipnotyzowana i chłonęłam łapczywie te przedziwne wizje Korine’a. Wszystko wręcz przeciwnie. Widzianego już jakiś czas temu „hitu” zwyczajnie nie mogłam opisać. Nie, nie zabił mnie nadmiar arcydzielności, jaka (podobno) wyłania się z tego „dzieła” (jak nazywają film papugi, opierające swoje recenzje na wyraźnie sponsorowanych, ale bardzo też z pozoru mądrych opiniach „z Zachodu”). Nie miałam na to czasu, ochoty, weny i mądrych słów. Seans wyczerpał mnie tak bardzo, że mimo jasnego przekazu i łapania, „co autor miał na myśli”, na choćby jedno słowo o Spring Breakers nie chciałam tracić już cennej życiowej energii. Dlaczego robię to teraz? Zabijcie mnie, nie wiem. Może z głupiej potrzeby zabrania głosu i zaznaczenia swojego malutkiego istnienia w świecie, którego niewiele ono obchodzi; może dla tej garstki (tu oczekuję, że zaprzeczycie i chórem krzykniecie, że nie takiej garstki) z Was, która moimi ocenami w wyborze filmu na wieczór się sugeruje; a może po prostu dlatego, bo tak.
Jeśli włączycie kiedyś tv i zobaczycie podskakujące w rytm głośnej muzyki na plaży młode, jędrne, kuso ubrane (albo i nie), opalone i wyraźnie chętne na, hm, zabawę, niewiasty (i ich wdzięki), obok ocierających się o nich w dwuznaczny sposób młodzieńców, trzymających w rękach lejące się na wszystkie strony drinki i piwa, to znak, że trafiliście na Spring Breakers – film, skrótowo rzecz ujmując, o imprezowaniu, ledwo co pełnoletniej beztrosce, wąsko rozumianemu wyzwoleniu i seksie razem wziętych. I tego konsekwencjach. Głośno, kolorowo, ale – paradoksalnie – bardzo mało zabawnie.
I taka rzecz podziała się z tym nieszczęsnym Spring Breakers, uważanym za – parafrazuję – satyrę na młodość, będącą produktem współczesnej popkultury, film głośno śmiejący się ze wszystkiego, co owa popkultura dzisiejszemu młodemu pokoleniu sprzedaje (skutecznie zresztą). Uważanym, to znaczy ocenionym przez jednego, może kilkoro rozsianych po całym świecie i zupełnie przypadkowo znajdującym w swoim umyśle analogiczne skojarzenia krytyków, o powielonej przez masę innych opinii. Efekt? Totalna dezorientacja. No bo jak to – w kinie byłem, film widziałem, wynudziłem się okrutnie, dobrze, że chociaż te cycki były, to było co pooglądać, a tak to shit okrutny, a oni wszyscy, że to dzieło, że jakaś satyra, że ważny głos na temat mojego (albo prawie mojego) pokolenia, wtf w ogóle. Może jednak nie nudziłem się tak bardzo? Może po prostu źle się nastawiłem? Może… nie zrozumiałem? Może. Jakakolwiek byłaby jednak odpowiedź na te pytania, nie ma zupełnie związku z prawdziwą, bo subiektywnie rozumianą wartością filmu. Własnych odczuć nie oszukasz, noł łej.
Nie przedłużając już tego i tak obszernego wywodu, jeśli chcecie wiedzieć, czy warto zobaczyć Spring Breakers, prawdopodobnie się nie dowiecie. Możecie sugerować się opiniami swoich ulubionych krytyków czy blogerów, z których ocenami i gustami zazwyczaj się zgadzacie – wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że decyzji żałować nie będziecie. Całej reszcie nie pozostaje nic innego jak poświęcić na seans czas i wyrokować samodzielnie – (nie)stety, już po fakcie. Spring Breakers jest z pewnością wszystkim tym, o czym wspominają krytycy i przynajmniej połową tego, czym obrzucają go przeciwnicy. Ja Spring Breakers bardziej niż satyrą nazwałabym szaloną, postmodernistyczną impresją, bardzo indywidualnym odczytaniem stosunku do życia sporej części młodego pokolenia, z palącą (mocno amerykańską, ale nie tylko) potrzebą wyrwania się z własnej, duszącej rzeczywistości i życia (choćby przez chwilę) nieswoim życiem na czele. Z bardzo ciekawą ścieżką dźwiękową, stylistyką i zdjęciami oraz interesującą rolą Jamesa Franco, co jednak zupełnie nie zmienia faktu, że seans nuży, przyprawia o ból głowy i nie pozostawia po sobie nic prócz smutnej refleksji, że zadowolenie z własnego życia jest w kinie coraz większą rzadkością.
Czy polecam? Jak wyżej.




