Najważniejsze w procesie kształtowania się osobowości człowieka, a tym samym najważniejszym obowiązkiem rodzica (choć to chyba złe słowo, bo to czysta przyjemność) jest wytworzenie w dziecku poczucia własnej wartości. W ferworze codzienności zapominamy o tym, że nasze dzieci nie są istotami stworzonymi na wzór i podobieństwo nas samych. Są odrębnymi jednostkami, których indywidualizm musimy pielęgnować i szanować.

 

Jestem początkującą mamą. W porównaniu do kobiet, które wychowały dwójkę, trójkę lub większą ilość dzieci, śmiało można powiedzieć, że gówno wiem o macierzyństwie. Instynkt macierzyński to jednak coś więcej niż doświadczenie, które zdobywa się z czasem, ponosząc większe lub mniejsze porażki na placu boju. Porażki, porażki, gdyż to właśnie one pozwalają cieszyć się zwycięstwem i to właśnie one uczą pokornego delektowania się jego słodkim smakiem.

Nikt, ale to nikt nie przekona mnie do tego, że po wydaniu na świat maleństwa, istnieje coś ważniejszego niż okazywanie mu uczuć. Co więcej, miłość musi być naszym sposobem bycia w stosunku do dziecka, a nie chwilowymi wymuszonymi gestami, które rozbłyskują jak fajerwerek. Nie bardzo rozumiem jak można nie czerpać z tego przyjemności, ale wiem, że Polacy z okazywaniem uczuć właśnie, mają spore problemy. Nie wiem czy wynika to z powszechnej świadomości, że noszenie na rękach, przytulanie czy rozkoszne cmokanie naszych pociech jest pożywką dla ich despotycznych cech charakteru, które w efekcie wyewoluują do monstrualnych rozmiarów tworząc dziecięcego potwora. Uważam, że jest odwrotnie, że nauczenie dziecka czerpania przyjemności z okazywania uczuć drugiemu człowiekowi, uczyni z niego CZŁOWIEKA właśnie. Ciepłego i pełnego empatii. Co więcej „małe dzieci, noszone na rekach, , przytulane i całowane, rozwijają się lepiej i są zdrowsze emocjonalnie niż dzieci pozbawione kontaktu fizycznego z drugim człowiekiem”, a potwierdziły to liczne badania i obserwacje. Przeczytałam kiedyś gdzieś, że chwalić trzeba umieć, że pochwała musi być konstruktywna i motywująca. Tyle, że czytając te wszystkie, mądre książki, napisane przez gruntownie wykształconych ekspertów, zastanawiam się czy piszący je ludzie są równie dobrymi praktykami swych teorii? Czy zdobywając dyplom w danej dziedzinie zapomina się o byciu rodzicem, a staje się wychowawcą, bo właśnie tego uczą owe podręczniki? Czy rodząc dziecko, wertuję w myślach stronę po stronie, szukając odpowiedzi na nurtujące mnie zagadnienia? Owszem kupiłam dwie i po przeczytaniu kilku rozdziałów doszłam do wniosku, że spróbuję napisać swoją, lepszą, dopasowaną do indywidualnych potrzeb mojego dziecka, bo przecież nie ma metod uniwersalnych, a każdy maluch to indywiduum. Nie napiszę jej na użytek komercyjny, nie zrobię na niej fortuny, gdyż zamiast na papierze, stworzę ją w osobie mojego dziecka i postaram się, aby to ono było jej najlepszą rekomendacją.

To przykre, że wielu rodzicom łatwiej przychodzi strofowanie i podcinanie skrzydeł dorastających latorośli, które po kilku nieudanych próbach zwrócenia na siebie uwagi i zaspokojenia potrzeby akceptacji, zamykają się w sobie. Ileż razy można usłyszeć jak bardzo jest się beznadziejnym, bo z racji wieku czy z braku wprawy zwykłe codzienności wychodzą nieco trudniej niż wprawionym w bojach rodzicom? Niewinne „pośpiesz się ślamazaro” jest niczym topór odcinający kawałek po kawałku dziecięcą wiarę w siebie. „Bo przecież spieszę się, bardzo chcę podołać, ale jestem dzieckiem i jeszcze nie potrafię”. Tego typu określenia, a także stres towarzyszący dziecięcemu niedowartościowaniu to farma frustratów, którzy w przyszłości powielą toksyczny schemat. Ja wiem jak czasem trudno ugryźć się w język, bo szef upierdliwy i cięty na spóźnienia, autobus nie zaczeka, a ogrom codziennych obowiązków przyćmiewa zdolność logicznego poglądu sytuacji. Jednak jako homo sapiens, istota bądź co bądź myśląca, potrafimy temperować w sobie pewne naleciałości, których istnienie utrudnia nam sprawne funkcjonowanie. Dlaczego więc nie utemperować tych, które utrudniają funkcjonowanie naszych dzieci? Przecież wszyscy, normalni rodzice chcą dla swoich pociech wszystkiego co najlepsze, a to właśnie nasze uczucia, nasze objęcia i bezpieczne ramiona, są gwarantem ich dorastającego ego. Mark Twain powiedział: „Jeden komplement daje mi siłę na dwa miesiące życia”. Dobre słowo, pochwała to pokarm ludzkiej wiary w siebie, niezbędny w stawianiu czoła szarej codzienności. Ważne jest nie tylko to co, ale też jak mówimy do naszego dziecka. Dorośli od zawsze mieli skłonność musztrowania dziecka, wymagania bezsprzecznego posłuszeństwa. Zamiast prosić żądamy odniesienia kubka czy też posprzątania zabawek w pokoiku. A czy sami lubimy tego typu zachowania w stosunku do nas z ust naszego pracodawcy? Gdy słyszę, że coś muszę natychmiast, a do tego wypowiedziane tonem nieznoszącym sprzeciwu, jedyne czego chcę, to tego nie zrobić. Z przekory, wyłącznie na złość chcę zakomunikować moją niezgodę, tak by zaprezentować swój nie zawsze odmienny punkt widzenia. Rodzicielska miłość to także czas, który poświęcamy na wspólne bycie razem. Zabawy, spacery, gry, rysunki, wszystko to co sprzyja budowaniu więzi, która owocuje całą resztę naszego wspólnego życia.

Napisałam kiedyś cholernie dobry tekst, z którego jestem dumna. Tekst (KLIK), w którym ubrałam w myśli me największe obawy:

Chciałabym choć na chwilę móc przenieść się w przyszłość i przekonać się, że zdołam wypuścić Cię z gniazda, zaopatrzonego w skrzydła utkane z mej matczynej miłości, które poniosą Cię tak wysoko jak tylko będziesz chciał, osiągając szczyty swych życiowych marzeń. Chciałabym towarzyszyć Ci w Twych największych chwilach, widzieć Twój dorastający uśmiech, patrzeć jak dojrzewasz, odnosisz sukcesy i stajesz się wspaniałym mężczyzną. Mijają sekundowe chwile, a ja jak wszystko w koło boję się, że przemijam.

Żyję więc tak jakby jutra miało nie być, starając się posiać w moim synku wizję najcieplejszej i najkochańszej w świecie matki.  Uwielbiam być właśnie taką, ciepłą mamą, która nie wstydzi się swoich uczuć do swojego dziecka i uwielbiam, gdy ten wtula się we mnie wymawiając przy tym dźwięcznie brzmiące „mama, mammmo”. Uwielbiam gdy chwyta mnie rączkami za twarz i wlepia we mnie te swoje cudne „ocyska”. Uwielbiam i wiem, że tych naszych czułych chwil nie zastąpi mu żadna, nawet najbardziej wypasiona zabawka.

O Autorze

Mamanna

Jestem Biofizykiem, zawodowym mikrobiologiem, nieperfekcyjną żoną, perfekcyjną panią domu, czasem upierdliwą babą, dzierżącą złoty medal w marudzeniu i robieniu z igły wideł. Od 9 lipca 2013 roku jestem także, nieprawdopodobnie szczęśliwą mamą małego i jakże kochanego Jasia, który od chwili urodzenia, codziennie odkrywa przede mną, różnobarwne uroki macierzyństwa. Na blogu staram się odzwierciedlić rzeczywistość taką jaką jest, nie sztucznie różową, często zagmatwaną, chwilami dołującą lecz jakże prawdziwą, przez co czytające mnie mamy mogą znaleźć we mnie cząstkę siebie samych.